Wykorzystaliśmy Warszawę i porzuciliśmy. Po 12 latach wracamy do domu. Na prowincję. Przesiadamy się z służbowego volvo i 100-metrowego apartamentu do... No właśnie, do czego?
– Choroba – zakrzyknął
synalek po powrocie ze szkoły. – Nie wyrażaj się – odkrzyknęła Pani Sing, jako
że w pobliżu była. – Ale choroba, w szkole – westchnął młody i dalej matce
rozjaśniać, że jedna trzecia klasy pokotem leży. – Co to jest świńska grypa? – pyta.
– Choroba – chciała powiedzieć pani Sing, ale zatrzymała się w porę, bo synek
już palec do góry wyciągnął w matczynym naśladownictwie pod hasłem: nie wyrażaj
się. – Rodzaj grypy – odpowiedziała w końcu. – Od świni? – naciskał. – Coś w
tym rodzaju. – Bo Krzysiek mówił, że połowa z nas umrze – ciągnął dalej.
– Co takiego? – Pani Sing ta
opcja wydawała się nie w porę.
– Grypa zabije połowę
ludzi na ziemi. Czy to ci, co zachorowali? – dopytywał się synalek. – Bo Damian
też jest chory – zasmucił się.
– Nie, rybko, nie umrze,
to tylko choroba, ludzie chorują i zdrowieją – uspokoiła go Pani Sing ale dla
pewności nie włączała w jego pobliżu wiadomości.
Z tatą pani Sing nie było
tak łatwo. On telewizor ma swój, w domu, więc się napatrzył. – Nie jedźcie tam –
zaczął złowieszczo. Zadzwonił wieczorem, ponieważ Pani Sing nieopatrznie
wygadała się, że znajomych daleko odwiedzać będziem. –Tam w szkołach lekcje
odwołują, całe klasy chorują. A jak dzieci się zarażą? Co będzie? – pytał, bo
od razu włączył mu się wyjaśniaczo-namawiacz. – Widziałaś, ile ludzi umiera? Toż
to masakra będzie. My tam z domu nie wychodzimy, by się nie zarazić. Nieodpowiedzialna
jesteś całkowicie, że dzieci tak narażasz – ciągnął i dopiero pytanie Pani Sing
„a kto wam robi zakupy?” wytrąciło go lekko z równowagi. – No, ja wychodzę. Mama.
Ale tylko do sklepu – odpowiedział.
– Ale ty widziałeś, ile
tam ludzi się przewala? Oni kaszlą na ten chleb, co kupujesz, jabłka, jak nic
można się zarazić – Pani Sing postanowiła wprowadzić ojca w stan
irytująco-zadumany.
– Masz rację, dziecko –
zastanowił się chwilę rodziciel. – To wiesz co, jak będziesz jutro wracała z
pracy, to zrobisz nam po drodze.
– Obudź się, to tylko
grypa – zawołała Pani Sing.
– Tylko?! – zdenerwował się
ojciec. – Chcesz żebyśmy umarli?
– Zastanów się, co ty
gadasz. Wyłącz ten TVN24 i idź na spacer. Ozdrowiejesz.
– Oh, ty – rodzic się naprawdę
zdenerwował. – Ty jak Tusk!
– Co: jak Tusk?
– Wiesz, czemu oni tych
szczepionek nie kupują?
– Wiem.
– G… wiesz. Bo nie chcą
szczepić starych!
– Co?! – zaśpiewała Pani
Sing bliska omdlenia.
– Ty taka głupia jesteś?! –
ryknął. – Starzy się uszczuplą, to z emeryturami nie będzie problemu. A i
wyborców PiS-u mniej, wiadomo, kto na Kaczyńskich głosuje.
Pani Sing trzasnęła z
wrażenia komórką. Potem pojechała odbudowywać relacje rodzinne, zdemolowane
przez media i politykę.
Przed południem i
wieczorem zapaliliśmy świeczki. Jeden cmentarz, drugi, tłumy, w nocy
niesamowita łuna. Przeciskamy się z wózkiem między ludźmi, trochę przekleństw,
trochę uwag typu gdzie się pchasz, baranie, w sumie dotarliśmy na miejsce.
Zmarznięci wróciliśmy do domu. Robimy tak co roku, od lat, jak wszyscy. Zawsze
coś ciekawego można zobaczyć. Rok temu widzieliśmy parę, tak przed pięćdziesiątką,
ona układała znicze na grobie, on stał nieruchomo, z rękami złożonymi na
plecach i awanturowali się w najlepsze. Syczeli, wyzywali się od debili,
podniesionym głosem warczeli coś o dzieciach, sklepie, nie wsłuchiwaliśmy się
za bardzo w słowa, nie były ważne. W tym roku, dwa groby dalej, grupka nastolatków,
dziewczyny, chłopaki, opowiadali sobie dowcipy. Jeden, drugi, kolejny, najpierw
śmiali się półgębkiem, cicho, w kołnierz, potem bez skrępowania, na cały głos.
W tym roku uwagę poczyniła pani Sing. – Przyjrzałam się uważnie – mówi, gdy
pakujemy się do samochodu – szukałam ludzi skupionych, modlących się, może
stojących nad grobem w zadumie. Byli tacy. Kilka. Norma jest taka, że
przychodzić, palisz świeczki, jeśli spotkasz się z rodziną lub znajomymi,
pogadasz chwilę i zmykasz. Odpust, kiermasz i festyn w jednym.
– A co się dziwisz? –
odpowiadam. – Przecież dla większości to tylko rytuał. Jeden z wielu.
Obowiązkowy, ale pusty. Trzeba odwiedzić grób bliskich, wcześniej go wypucować,
pokazać innym, że się pamięta. To cię określa i umiejscawia społecznie.
– A jeśli nie zapalisz
świeczki, to jesteś gorszy?
– Oczywiście. Ludzie chcą
coś wiedzieć o innych. Do głowy im nie wejdą, wiec szukają znaków, na podstawie
których mogą wydać ocenę. To jeden z takich znaków. Robisz tour de grób, jesteś
jednym z nas. Nie robisz, to się goń.
– Straszne rzeczy mówisz.
A pamięć?
– O zmarłych?
– Tak.
– Co ci po pamięci raz w
roku?
– Lepiej jeden dzień, niż
w ogóle.
– Może. Choć jak patrzę na
taki odpust, trudno mi przyznać, że on się ku pamięci odbywa.
Wyjechaliśmy, przyjechaliśmy, i okazało się, że mgła nas
przykryła, liście żółte zasypały, drogi śliskie, kałuże przed domem, generalnie
– witamy w domu. Jako że nic zupełnie się nie działo, nawet wiatr zwiał i
drzewa ani drgną, postanowiliśmy spędzić weekend przez ekranem. Dwa
przestawienia obejrzeliśmy, dwa razy się zasępiliśmy i końcu konkluzję przyszło
wyartykułować – takie mądrale to z nas nie są. Najpierw w sobotę. Dzieci do łóżka zagonione, my na kanapce,
Pani Sing w szlafroczku, jak trzeba, ja też nie ubrany, oglądamy. Biją się. Ale
jak! Po amerykańsku. Dwóch półnagich facetów okłada się pięściami, ale to
pikuś. Co za oprawa! Sala, gala, światła, spikerzy, frajerzy (po kilka stówek
za bilety), panienki – ameryka prawdziwa. Jak Tyson się prał, to tak to
wyglądało. Jak Gołota faulował Bowe’a – też. Rasowa gala i to u nas, nie za
oceanem. Pobili się, przewrócili, wygrali, przegrali, koniec. Siedzimy z Panią Sing, brwi nam się schodzą z wysiłku
myślowego, bo jak to: walka stulecia? A o co? Mistrzostwo, wicemistrzostwo, a
może wyróżnienie? O cokolwiek! Ale nie. Osiem milionów ludzi, w tym my, oglądali,
jak Gołota z Adamkiem piorą się, by – uwaga – oglądało ich jak najwięcej ludzi.
Finansowo cel szlachetny, a jakże, ale sportowo? Mecz piłkarski Polska – San Marino.
Taka ranga. Cholera, nie zrozumieliśmy myśli przewodniej, wykoncypowaliśmy i
poszliśmy spać. Następnego wieczora przedstawienie drugie. Dzieci śpią, my
patrzymy. Wojnę polsko-ruską obejrzeliśmy. Film. Matko, aż nam się gęby śmiały –
jaka zawodowa realizacja, jakie pomysły formalne, muzyczka świetnie dobrana,
Szyc ja fali, w końcu polskie kino że fest. Skoczyło się. Westchnęliśmy.
Milczymy. W końcu Pani Sing się odzywa: – Fajnie zrobione. – No – rozwijam. – Nieźle grali. – Całkiem – peroruję. – Ty, ale o czym to było? – pyta Pani Sing. – Nie wiem. – Hm, ja też nie. – No tak. – Właśnie. Nie było nam do śmiechu. Dwa razy w jeden weekend dać się
zrobić w trąbę, to aż nadto.
W swojej żmudnej drodze ku
kucharskiej doskonałości ciasto upiekłem. Gwoli ścisłości: z torebki było, trzeba
jaj dodać, pomieszać i włożyć do piekarnika. Jak na faceta, który rok temu
potrafił jedynie usmażyć jajecznicę, to sukces wielki i powód do dumy.
Jednakowoż, jak to z gotowaniem bywa, i to wzbudzić musiało kontrowersje. Smak,
jak smak, całkiem całkiem, wygląd trochę gorszy niż na obrazku, ale Pani Sing i
tak rzeczonym faktem się pochwaliła. Znaczy, jakiego to nie ma chłopa. Słuchacze
wiadomość przyjęli z szacunkiem, ale słuchaczki już nie bardzo. I tu wtrącić
trzeba – nie były to słuchaczki wiekiem słynące, doświadczeniem wszelakim, ale
młode całkiem, z dzieciakami mniejszymi niż mój rower.
– To co, on w kurę domową
się bawi? – zastanawiać się zaczęły na głos, jako że nieobecny byłem.
– Bo gotuje? – pyta Pani
Sing
– No.
– Ale to takie specjalne
gotowanie.
– Co to znaczy?
– Z testosteronem.
Ubaw mieliśmy potem ale i
refleksję. Feministkom pod rozwagę. Zapomnijcie, panie drogie, o wychowywaniu
mężczyzn, o walce płci i innych zmurszałych hasłach. Nie tu zmian potrzeba.
Obok ugór wielki – mentalność kobieca. Co przed zmianami się broni i tradycją
główkuje. Kobiety, co niczym ich babcie, mężczyzn przed niestosownymi pracami
chronią. Młode z twarzy, stare w środku. Na nic parytety i priorytety, gdy we
własnych szeregach sabotażyści.
Z powtarzanymi po wielokroć opiniami tak dziwnie
się dzieje, że niezauważalnie stają się oczywistą oczywistością, pewnikiem ostatecznym
i sądem niepodważalnym. Przykładem służę:
Jadę wczoraj samochodem, w Trójce analityk o
sytuacji przedsiębiorców peroruje. Mówi: składki na ZUS dla przedsiębiorców
jednoosobowych są za wysokie, to hamuje rozwój. Gdyby je obniżyć, więcej firm
wyjdzie z szarej strefy., budżet skorzysta, lepiej będzie i dostatniej.
Wszyscy znają tę gadkę na pamięć. Wszyscy (prawie)
się zgadzają. Oczywista oczywistość, rzec by się chciało.
Jako że z firmami trochę styczność miałem, na działalności
jednoosobowej gospodarczej zatrudniony byłem a i Pani Sing obecnie biznesy
uprawia, kalkulację jestem w stanie sobie przygotować. Zawsze wyjdzie, że
lepiej płacić mniej
Ale.
We wczorajszej Wyborczej czytam o przedsiębiorcach
jednoosobowych, co wypisują się z ZUS i zatrudniają fikcyjnie za granicą. Płacą
firmie jakiejś, w Estonii dajmy na to (konkretniej: pośrednikowi), 499
złociszy, a ta na etat ich wciąga, listy płac prowadzi i wszystko legalnie się
odbywa. Ile zaoszczędzą? ZUS kosztuje coś bodaj 850 zł, więc chodzi 350. Ale
pamiętajmy, że część składki, chyba 170 zł, pomniejsza podatek, a nie dochód. Więc
jeśli tylko wykazujemy jakikolwiek dochód na papierze, ta suma jest tylko pozycją
księgową (o tyle mniejszy płacimy podatek). Wychodzi więc na to, że na całej
operacji można zaoszczędzić coś około stu osiemdziesięciu złotych miesięcznie.
I tu wróćmy do wspomnianego analityka i jego
opinii. Jeśli kilka tysięcy jednoosobowych biznesmenów zadaje sobie trud i pewne
ryzyko, by w skali roku zaoszczędzić półtora tysiąca złotych, to czy oni tego
trudu zadawać sobie nie będą, gdy składki będą mniejsze? Skąd to przekonanie? Ja
opinię mam taką, że tu większą rolą mentalność, a nie księgowość, odgrywa. Ci,
którzy w szarej strefie siedzą, siedzieć w niej będą, bo im dobrze tam, a czy
składka mniejsza czy większa, i tak jej płacić nie będą. Bo nie lubią. Ci,
którzy zatrudniają się fikcyjnie w Estonii – także. Ze starego wilka owieczki
nie zrobisz. Z młodego – także. Co więc da obniżenie składek?
A wspomnianemu analitykowi sugeruję, aby nad innym
problemem się zastanowił: jaki system emerytalny będzie obowiązywał w 2040
roku, gdy on, ja, i miliony będą się na emeryturę wybierać? Bo jeśli na świecie
są jakieś oczywiste oczywistości, to właśnie takie – na pewno nie taki jak
teraz.
Papierkowych prac trochę nam
zostało związanych z budową, konkretnie z jej zakończeniem, oddaniem do użytku,
i tym podobnymi błahostkami. Narzekanie na biurokrację to sport, w którym
staramy się nie uczestniczyć z racji niechęci do narzekania ogólnie, więc wzięliśmy
d. w troki i dalej do starostwa, gdzie dostaliśmy wykaz niezbędnych dokumentów,
dzięki którym będziemy mogli legalnie zamieszkać w naszym domostwie (wnioskują
poprawnie: obecnie mieszkamy nielegalnie).
Wykaz długi jest, więc
wzięliśmy się szybko do roboty. Potrzebne podpisy elektryka, że instalacja
zgodna ze zgodnościami wszelkimi, hydraulika takoż, kominiarza, że kominy są i
ciągną jak się patrzy, geodety, że budynek na naszej właśnie działce stoi a nie
cudzej (choć przed rozpoczęciem budowy to on wymierzał przecie). O takich drobnostkach
jak dziennik budowy, wyciąg z uprawnień kierownika, oświadczenia jakieś i kopie
oświadczeń, oraz świadectwo energetyczne za tysiąc złociszy nie wspominając.
Znaleźliśmy elektryka. Umówiliśmy
się, zawieźliśmy papiery, powiedział, ze zadzwoni za tydzień. Zadzwonił,
zainkasował dwieście. Z hydraulikiem ze stosownymi papierami, potwierdzającymi
że na rurkach zna się w istocie, był problem, dłużej szukaliśmy, więc i stawka
wyższa – dwieście pięćdziesiąt. Geodeta mapy, które już wymierzył, zabrał raz
jeszcze i po dwóch tygodniach oddał. Z nową – za pięćset. Teraz czekamy na
świadectwo energetycznie.
Ale nie o kosztach tutaj,
o nie. Jak się chce budować, trzeba płacić. Ciekawsze jest co innego.
ŻADEN, dosłownie żaden z
pieczętujących na budowie się nie zjawił, lokalu wybudowanego nie obejrzał.
Majsty robili, to pewnie dobrze zrobili, ja mam tylko pieczątkę postawić,
wyjaśnił nam hydraulik. Kierownik budowy, gdy spytaliśmy, czy to tak właśnie
powinno wyglądać, spytał: a jak niby inaczej?
I tu też zupełny
dyskomfort poznawczy nam się pojawił, bo od zawsze przekonani byliśmy, że biurokracja
po to jest, by się biurokraci pożywili. Ale gdzie tam. Przecież oni zupełnie
żadnej tej złotóweczki naszej na oczy nie zobaczyli, inni skorzystali. Po co im
więc to?
Wdzięczni będzie za
poważne rozjaśnienie kwestii, bo świat nam trochę na opak zaczął się wydawać.
Zazwyczaj unikamy z Panią
Sing filmów co których mamy podejrzenie, że powstały w innym celu, niż
opowiedzenie ciekawej historii bądź rozrywka. Do tej kategorii należą
niewątpliwie wszelkiej maści obrazy propagandowe, co to ducha w narodzie mają podtrzymać
(wiadomo, że upada). Wczoraj w telewizorni obejrzeliśmy Katyń. Nie będziemy się
wywnętrzniać o samym obrazie, kto widział, ma własne zdanie. Dodamy tylko, że
Wajda to jeden z tych ludzi, który otworzył nam, wtedy nastolatkom, oczy na sferę
polityczną. To właśnie Człowiek z żelaza i Człowiek z marmuru uświadomiły nam,
że nie można stać do polityki tyłem, że tu też trzeba podejmować wybory i ich
bronić. Wielkie, wielkie kino. Ale i dla Wajdy przyszedł czas, by pomniki
stawiać.
Oglądamy więc wczoraj ten
Katyń, oglądamy, ale coś się nam nie zgadza. Nie pasuje. Niby film jak film,
trochę teatralny, ale czujemy jakiś fałsz. W końcu pani Sing odzywa się:
- Ej, zwróć uwagę na ich
mundury.
Zwracam. Są.
- Przyjrzyj się.
Przyglądam. W końcu widzę.
Czyściutkie, prosto z pralni wyjęte, niepogniecione. Żołnierze w obozie
jenieckim, po krótkiej, bo krótkiej, ale kampanii wojennej, a oni jakby z balu
generalskiego. Zapomnieli o tym? – zastanawiamy się. Niemożliwe. Kilkaset osób
pracowało przy filmie, ktoś by zwrócił uwagę. Jak żołnierz jest na froncie, to
brudny i nieogolony, co oni filmów wojennych nie widzieli? W takim kinie musi
być wiarygodnie, od tego scenograf.
W którymś momencie oficer
grany przez Małaszyńskiego dostaje od kumpla sweter. Jasny. W finałowej scenie,
robiącej, wrażenie, przyznajemy, ci sami oficerowie, po kilku miesiącach obozu,
w tych samych pięknych, wyprasowanych i wyglancowanych mundurach, dostają kulę
w łeb. Oficer Małaszyński także, specjalnie jeszcze mu zdejmują mundur, by
został w swetrze, byśmy zrozumieli wątek. I w tym jasnym, czyściutkim swetrze,
Małaszyński w kulą w głowie wpada do rowu.
I to jest właśnie nasz
problem podstawowy. Nasz, Polaków, że tak pompatycznie uogólnimy. Bo jakże to,
nasi bohaterowie mieliby ginąć w brudnych mundurach?!
Czasami chodzę do takiego
wiejskiego spożywczaka, niedaleko, słabo zaopatrzony, ale jak czegoś na gwałt
potrzeba to najbliżej. Malutki jest, w środku nie zmieści się nawet pięć osób. Ludzie
zawsze ci sami, okoliczni, chłopy wpadają na piwko, na miejscu oczywiście, butelka
z otwieraczem, o to zawsze proszą. Kobity po chlebek, cukier, bo brakło, coś
słodkiego dla małego. Pod sklepem trawniczek, można pogadać, poplotkować. Za ladą
właścicielka, kobieta dość mocno zniszczona, obok pięćdziesiątki, zawsze w
białym fartuchu, czystym, choć zniszczonym. Na głowie trwała, wiadomo, łatwiej
dbać, ręce zniszczone, twarz przeorana zmarszczkami. Nigdy się nie uśmiecha.
Gdy nie ma klientów, siedzi z boku, przy małym stoliku i czyta.
Wchodzę wczoraj. Wstaje,
odkłada książkę, ale inaczej niż zwykle, grzbietem do góry. Co podać, pyta. Wyciągam
szyję, płócienna okładka, zniszczona mocno. Czytam: Jan Jakub Rousseau, Emil.
I tak sobie potem
pomyślałem, ile to jeszcze stereotypów noszę w sobie, ile wyższości, że mnie to
zdziwiło.
Po miesiącu walki, nerwów,
irytacji, obojętności, po wizytach w czterech salonach Orange iwielokrotnych godzinnych pertraktacjach z
Panią Infolinią, odzyskałem internet. Naprawiono mi modem. Bo się popsuł, a
to „elektronika, naprawa musi potrwać, rozumie pan”, rzeczowo wyjaśnił mi Pan
Salonowiec. Nie rozumiem. Bo samochód, jak się kiedyś był popsuł, to naprawili
w jeden dzień. A większe bydlę. Abonament oczywiście w międzyczasie płaciłem bo
– jak rzekła Pani Infolinia – „zobowiązał się pan przecież w umowie, czyż nie?”
Czyż tak. Nie – to kanarek. Odkryłem jednakże, że brak internetu ma swoją
dobra stronę. Dziwną.
Na nowo odkryłem gazety.
Od kilku lat ilość farby drukarskiej,
wsiąkającej mi w palce, zmniejszała się radykalnie. W komputerze łatwiej,
prościej, szybciej. I tak dalej. Obecność gazet drukowanych w naszym domu
ograniczyła się ostatnio do dwóch dni: w piątek – program telewizyjny, w sobotę
Wyborcza, Rzepa i Dziennik. Bo taki został mi nawyk, w sobotę poczytać przy
kawce. Dziennik ostatnio odpadł, bo jakiś jełop zlikwidował Europę, a głupio
czytać gazetę, która ma osiem stron (tyle ma wydanie w moim kiosku).
A tu nagle.
Wystarczył miesiąc bez
internetu, by na powrót odkryć uroki słowa drukowanego. Po pierwsze: łatwiej
przeglądać. Zdziwiłem się. Czytasz tytuł, grube literki i szast-prast do
kolejnego artykułu, strony, rubryki. Nic się nie wczytuje, nie odczytuje, nie
trzeba przewijać w dół, w górę. Proste. Prostsze. Po drugie: jest więcej
informacji. Tak praktycznie. Kilka na stronie, kilkadziesiąt stron.
W sieci są miliony, ale nie tak łatwo dostępnej. Trzeba szukać, googlać,
sprawdzać, czy to informacja czy syf. Czas poświęcać. Niby wchodzę sobie na
onet czy gazetę, i wiem wszystko, tak mówiłem wcześniej, tak słyszałem. Ale to
g. prawda. W necie czytam tytuły. Czasami kliknę głębiej, sprawdziłem to teraz,
tak to działą. Po trzecie: łatwiej czytać. Naprawdę. Przy stole, na
kanapie, w łóżku, na trawce, na słoneczku, na kiblu – możliwości
nieograniczone. Spróbowałem z internetem na kiblu – niewygodnie i niezbyt
współgra.
I po czwarte: odkrycie
niesamowite – w gazetach jest lepiej. Bardziej interesująco, ciekawiej,
mądrzej. Jak sobie popatrzę na TVN24 czy Polsat News, to włos mi się jeży na
głowie (Pytanie do ofiary wypadku: Co pan wtedy czuł? Pytanie do wszystkich
innych: Co Pan/Pani wtedy czuł/a? Czułem, że jak przyjdzie do mnie głupi
reporter, to go zdzielę. Taka powinna być odpowiedź. Copyright mój).
No i uświadomiłem sobie na
koniec coś jeszcze. Gdzie ludzie czytają gazety w internecie? W pracy!
Najczęściej! A dlaczego? Bo mogą. No to jakby nie mogli, to musieliby w domu.
Albo w drodze do pracy. Albo jeszcze gdzieś indziej.
Dobra, żartuję, wcale nie
proponuję, by wydawcy namówili pracodawców, by im pomogli podwyższać
czytelnictwo. Ale jestem pod takim wrażeniem swojego odkrycia, że wciąż mnie
zadziwia. Chyba się starzeję. Bo wiecie co? Postanowiłem wykupić prenumeratę.
Jak dinozaur normalnie.
I za ten wpis oczekuję
darmowej. Zrozumiano, państwo redaktorstwo?!