Wykorzystaliśmy Warszawę i porzuciliśmy. Po 12 latach wracamy do domu. Na prowincję. Przesiadamy się z służbowego volvo i 100-metrowego apartamentu do... No właśnie, do czego?
RSS
wtorek, 17 listopada 2009

– Choroba – zakrzyknął synalek po powrocie ze szkoły. – Nie wyrażaj się – odkrzyknęła Pani Sing, jako że w pobliżu była. – Ale choroba, w szkole – westchnął młody i dalej matce rozjaśniać, że jedna trzecia klasy pokotem leży. – Co to jest świńska grypa? – pyta. – Choroba – chciała powiedzieć pani Sing, ale zatrzymała się w porę, bo synek już palec do góry wyciągnął w matczynym naśladownictwie pod hasłem: nie wyrażaj się. – Rodzaj grypy – odpowiedziała w końcu. – Od świni? – naciskał. – Coś w tym rodzaju. – Bo Krzysiek mówił, że połowa z nas umrze – ciągnął dalej.

– Co takiego? – Pani Sing ta opcja wydawała się nie w porę.

– Grypa zabije połowę ludzi na ziemi. Czy to ci, co zachorowali? – dopytywał się synalek. – Bo Damian też jest chory – zasmucił się.

– Nie, rybko, nie umrze, to tylko choroba, ludzie chorują i zdrowieją – uspokoiła go Pani Sing ale dla pewności nie włączała w jego pobliżu wiadomości.

Z tatą pani Sing nie było tak łatwo. On telewizor ma swój, w domu, więc się napatrzył. – Nie jedźcie tam – zaczął złowieszczo. Zadzwonił wieczorem, ponieważ Pani Sing nieopatrznie wygadała się, że znajomych daleko odwiedzać będziem. –Tam w szkołach lekcje odwołują, całe klasy chorują. A jak dzieci się zarażą? Co będzie? – pytał, bo od razu włączył mu się wyjaśniaczo-namawiacz. – Widziałaś, ile ludzi umiera? Toż to masakra będzie. My tam z domu nie wychodzimy, by się nie zarazić. Nieodpowiedzialna jesteś całkowicie, że dzieci tak narażasz – ciągnął i dopiero pytanie Pani Sing „a kto wam robi zakupy?” wytrąciło go lekko z równowagi. – No, ja wychodzę. Mama. Ale tylko do sklepu – odpowiedział.

– Ale ty widziałeś, ile tam ludzi się przewala? Oni kaszlą na ten chleb, co kupujesz, jabłka, jak nic można się zarazić – Pani Sing postanowiła wprowadzić ojca w stan irytująco-zadumany.

– Masz rację, dziecko – zastanowił się chwilę rodziciel. – To wiesz co, jak będziesz jutro wracała z pracy, to zrobisz nam po drodze.

– Obudź się, to tylko grypa – zawołała Pani Sing.

– Tylko?! – zdenerwował się ojciec. – Chcesz żebyśmy umarli?

– Zastanów się, co ty gadasz. Wyłącz ten TVN24 i idź na spacer. Ozdrowiejesz.

– Oh, ty – rodzic się naprawdę zdenerwował. – Ty jak Tusk!

– Co: jak Tusk?

– Wiesz, czemu oni tych szczepionek nie kupują?

– Wiem.

– G… wiesz. Bo nie chcą szczepić starych!

– Co?! – zaśpiewała Pani Sing bliska omdlenia.

– Ty taka głupia jesteś?! – ryknął. – Starzy się uszczuplą, to z emeryturami nie będzie problemu. A i wyborców PiS-u mniej, wiadomo, kto na Kaczyńskich głosuje.

Pani Sing trzasnęła z wrażenia komórką. Potem pojechała odbudowywać relacje rodzinne, zdemolowane przez media i politykę.  

  

21:36, zmianapasa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Przed południem i wieczorem zapaliliśmy świeczki. Jeden cmentarz, drugi, tłumy, w nocy niesamowita łuna. Przeciskamy się z wózkiem między ludźmi, trochę przekleństw, trochę uwag typu gdzie się pchasz, baranie, w sumie dotarliśmy na miejsce. Zmarznięci wróciliśmy do domu. Robimy tak co roku, od lat, jak wszyscy. Zawsze coś ciekawego można zobaczyć. Rok temu widzieliśmy parę, tak przed pięćdziesiątką, ona układała znicze na grobie, on stał nieruchomo, z rękami złożonymi na plecach i awanturowali się w najlepsze. Syczeli, wyzywali się od debili, podniesionym głosem warczeli coś o dzieciach, sklepie, nie wsłuchiwaliśmy się za bardzo w słowa, nie były ważne. W tym roku, dwa groby dalej, grupka nastolatków, dziewczyny, chłopaki, opowiadali sobie dowcipy. Jeden, drugi, kolejny, najpierw śmiali się półgębkiem, cicho, w kołnierz, potem bez skrępowania, na cały głos. W tym roku uwagę poczyniła pani Sing. – Przyjrzałam się uważnie – mówi, gdy pakujemy się do samochodu – szukałam ludzi skupionych, modlących się, może stojących nad grobem w zadumie. Byli tacy. Kilka. Norma jest taka, że przychodzić, palisz świeczki, jeśli spotkasz się z rodziną lub znajomymi, pogadasz chwilę i zmykasz. Odpust, kiermasz i festyn w jednym.

– A co się dziwisz? – odpowiadam. – Przecież dla większości to tylko rytuał. Jeden z wielu. Obowiązkowy, ale pusty. Trzeba odwiedzić grób bliskich, wcześniej go wypucować, pokazać innym, że się pamięta. To cię określa i umiejscawia społecznie.

– A jeśli nie zapalisz świeczki, to jesteś gorszy?

– Oczywiście. Ludzie chcą coś wiedzieć o innych. Do głowy im nie wejdą, wiec szukają znaków, na podstawie których mogą wydać ocenę. To jeden z takich znaków. Robisz tour de grób, jesteś jednym z nas. Nie robisz, to się goń.

– Straszne rzeczy mówisz. A pamięć?

– O zmarłych?

– Tak.

– Co ci po pamięci raz w roku?

– Lepiej jeden dzień, niż w ogóle.

– Może. Choć jak patrzę na taki odpust, trudno mi przyznać, że on się ku pamięci odbywa.

10:23, zmianapasa
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 26 października 2009
Wyjechaliśmy, przyjechaliśmy, i okazało się, że mgła nas przykryła, liście żółte zasypały, drogi śliskie, kałuże przed domem, generalnie – witamy w domu. Jako że nic zupełnie się nie działo, nawet wiatr zwiał i drzewa ani drgną, postanowiliśmy spędzić weekend przez ekranem. Dwa przestawienia obejrzeliśmy, dwa razy się zasępiliśmy i końcu konkluzję przyszło wyartykułować – takie mądrale to z nas nie są.
Najpierw w sobotę. Dzieci do łóżka zagonione, my na kanapce, Pani Sing w szlafroczku, jak trzeba, ja też nie ubrany, oglądamy. Biją się. Ale jak! Po amerykańsku. Dwóch półnagich facetów okłada się pięściami, ale to pikuś. Co za oprawa! Sala, gala, światła, spikerzy, frajerzy (po kilka stówek za bilety), panienki – ameryka prawdziwa. Jak Tyson się prał, to tak to wyglądało. Jak Gołota faulował Bowe’a – też. Rasowa gala i to u nas, nie za oceanem. Pobili się, przewrócili, wygrali, przegrali, koniec.
Siedzimy z Panią Sing, brwi nam się schodzą z wysiłku myślowego, bo jak to: walka stulecia? A o co? Mistrzostwo, wicemistrzostwo, a może wyróżnienie? O cokolwiek! Ale nie. Osiem milionów ludzi, w tym my, oglądali, jak Gołota z Adamkiem piorą się, by – uwaga – oglądało ich jak najwięcej ludzi. Finansowo cel szlachetny, a jakże, ale sportowo? Mecz piłkarski Polska – San Marino. Taka ranga. Cholera, nie zrozumieliśmy myśli przewodniej, wykoncypowaliśmy i poszliśmy spać.
Następnego wieczora przedstawienie drugie. Dzieci śpią, my patrzymy. Wojnę polsko-ruską obejrzeliśmy. Film. Matko, aż nam się gęby śmiały – jaka zawodowa realizacja, jakie pomysły formalne, muzyczka świetnie dobrana, Szyc ja fali, w końcu polskie kino że fest. Skoczyło się. Westchnęliśmy. Milczymy. W końcu Pani Sing się odzywa: – Fajnie zrobione.
– No – rozwijam.
– Nieźle grali.
– Całkiem – peroruję.
– Ty, ale o czym to było? – pyta Pani Sing.
– Nie wiem.
– Hm, ja też nie.
– No tak.
– Właśnie.
Nie było nam do śmiechu. Dwa razy w jeden weekend dać się zrobić w trąbę, to aż nadto.
15:56, zmianapasa
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 września 2009

W swojej żmudnej drodze ku kucharskiej doskonałości ciasto upiekłem. Gwoli ścisłości: z torebki było, trzeba jaj dodać, pomieszać i włożyć do piekarnika. Jak na faceta, który rok temu potrafił jedynie usmażyć jajecznicę, to sukces wielki i powód do dumy. Jednakowoż, jak to z gotowaniem bywa, i to wzbudzić musiało kontrowersje. Smak, jak smak, całkiem całkiem, wygląd trochę gorszy niż na obrazku, ale Pani Sing i tak rzeczonym faktem się pochwaliła. Znaczy, jakiego to nie ma chłopa. Słuchacze wiadomość przyjęli z szacunkiem, ale słuchaczki już nie bardzo. I tu wtrącić trzeba – nie były to słuchaczki wiekiem słynące, doświadczeniem wszelakim, ale młode całkiem, z dzieciakami mniejszymi niż mój rower.

– To co, on w kurę domową się bawi? – zastanawiać się zaczęły na głos, jako że nieobecny byłem.

– Bo gotuje? – pyta Pani Sing

– No.

– Ale to takie specjalne gotowanie.

– Co to znaczy?

– Z testosteronem.

Ubaw mieliśmy potem ale i refleksję. Feministkom pod rozwagę. Zapomnijcie, panie drogie, o wychowywaniu mężczyzn, o walce płci i innych zmurszałych hasłach. Nie tu zmian potrzeba. Obok ugór wielki – mentalność kobieca. Co przed zmianami się broni i tradycją główkuje. Kobiety, co niczym ich babcie, mężczyzn przed niestosownymi pracami chronią. Młode z twarzy, stare w środku. Na nic parytety i priorytety, gdy we własnych szeregach sabotażyści.

To tyle, idę robić kotlety.

10:36, zmianapasa
Link Komentarze (8) »
piątek, 25 września 2009

Z powtarzanymi po wielokroć opiniami tak dziwnie się dzieje, że niezauważalnie stają się oczywistą oczywistością, pewnikiem ostatecznym i sądem niepodważalnym. Przykładem służę:

Jadę wczoraj samochodem, w Trójce analityk o sytuacji przedsiębiorców peroruje. Mówi: składki na ZUS dla przedsiębiorców jednoosobowych są za wysokie, to hamuje rozwój. Gdyby je obniżyć, więcej firm wyjdzie z szarej strefy., budżet skorzysta, lepiej będzie i dostatniej.

Wszyscy znają tę gadkę na pamięć. Wszyscy (prawie) się zgadzają. Oczywista oczywistość, rzec by się chciało.

Jako że z firmami trochę styczność miałem, na działalności jednoosobowej gospodarczej zatrudniony byłem a i Pani Sing obecnie biznesy uprawia, kalkulację jestem w stanie sobie przygotować. Zawsze wyjdzie, że lepiej płacić mniej

Ale.

We wczorajszej Wyborczej czytam o przedsiębiorcach jednoosobowych, co wypisują się z ZUS i zatrudniają fikcyjnie za granicą. Płacą firmie jakiejś, w Estonii dajmy na to (konkretniej: pośrednikowi), 499 złociszy, a ta na etat ich wciąga, listy płac prowadzi i wszystko legalnie się odbywa. Ile zaoszczędzą? ZUS kosztuje coś bodaj 850 zł, więc chodzi 350. Ale pamiętajmy, że część składki, chyba 170 zł, pomniejsza podatek, a nie dochód. Więc jeśli tylko wykazujemy jakikolwiek dochód na papierze, ta suma jest tylko pozycją księgową (o tyle mniejszy płacimy podatek). Wychodzi więc na to, że na całej operacji można zaoszczędzić coś około stu osiemdziesięciu złotych miesięcznie.

I tu wróćmy do wspomnianego analityka i jego opinii. Jeśli kilka tysięcy jednoosobowych biznesmenów zadaje sobie trud i pewne ryzyko, by w skali roku zaoszczędzić półtora tysiąca złotych, to czy oni tego trudu zadawać sobie nie będą, gdy składki będą mniejsze? Skąd to przekonanie? Ja opinię mam taką, że tu większą rolą mentalność, a nie księgowość, odgrywa. Ci, którzy w szarej strefie siedzą, siedzieć w niej będą, bo im dobrze tam, a czy składka mniejsza czy większa, i tak jej płacić nie będą. Bo nie lubią. Ci, którzy zatrudniają się fikcyjnie w Estonii – także. Ze starego wilka owieczki nie zrobisz. Z młodego – także. Co więc da obniżenie składek?  

A wspomnianemu analitykowi sugeruję, aby nad innym problemem się zastanowił: jaki system emerytalny będzie obowiązywał w 2040 roku, gdy on, ja, i miliony będą się na emeryturę wybierać? Bo jeśli na świecie są jakieś oczywiste oczywistości, to właśnie takie – na pewno nie taki jak teraz.

Czego sobie i jemu życzę.

 

10:27, zmianapasa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 września 2009
Papierkowych prac trochę nam zostało związanych z budową, konkretnie z jej zakończeniem, oddaniem do użytku, i tym podobnymi błahostkami. Narzekanie na biurokrację to sport, w którym staramy się nie uczestniczyć z racji niechęci do narzekania ogólnie, więc wzięliśmy d. w troki i dalej do starostwa, gdzie dostaliśmy wykaz niezbędnych dokumentów, dzięki którym będziemy mogli legalnie zamieszkać w naszym domostwie (wnioskują poprawnie: obecnie mieszkamy nielegalnie).

Wykaz długi jest, więc wzięliśmy się szybko do roboty. Potrzebne podpisy elektryka, że instalacja zgodna ze zgodnościami wszelkimi, hydraulika takoż, kominiarza, że kominy są i ciągną jak się patrzy, geodety, że budynek na naszej właśnie działce stoi a nie cudzej (choć przed rozpoczęciem budowy to on wymierzał przecie). O takich drobnostkach jak dziennik budowy, wyciąg z uprawnień kierownika, oświadczenia jakieś i kopie oświadczeń, oraz świadectwo energetyczne za tysiąc złociszy nie wspominając.

Znaleźliśmy elektryka. Umówiliśmy się, zawieźliśmy papiery, powiedział, ze zadzwoni za tydzień. Zadzwonił, zainkasował dwieście. Z hydraulikiem ze stosownymi papierami, potwierdzającymi że na rurkach zna się w istocie, był problem, dłużej szukaliśmy, więc i stawka wyższa – dwieście pięćdziesiąt. Geodeta mapy, które już wymierzył, zabrał raz jeszcze i po dwóch tygodniach oddał. Z nową – za pięćset. Teraz czekamy na świadectwo energetycznie.

Ale nie o kosztach tutaj, o nie. Jak się chce budować, trzeba płacić. Ciekawsze jest co innego.

ŻADEN, dosłownie żaden z pieczętujących na budowie się nie zjawił, lokalu wybudowanego nie obejrzał. Majsty robili, to pewnie dobrze zrobili, ja mam tylko pieczątkę postawić, wyjaśnił nam hydraulik. Kierownik budowy, gdy spytaliśmy, czy to tak właśnie powinno wyglądać, spytał: a jak niby inaczej?

I tu też zupełny dyskomfort poznawczy nam się pojawił, bo od zawsze przekonani byliśmy, że biurokracja po to jest, by się biurokraci pożywili. Ale gdzie tam. Przecież oni zupełnie żadnej tej złotóweczki naszej na oczy nie zobaczyli, inni skorzystali. Po co im więc to?

Wdzięczni będzie za poważne rozjaśnienie kwestii, bo świat nam trochę na opak zaczął się wydawać.

23:09, zmianapasa
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 września 2009

Po kilkunastu miesiącach życia w miejscowości mniejszej niż Wawa a większej niż Grudki Małe, mamy jakie takie rozeznanie. Otóż:

Matce nie wypada chodzić w krótkich sukienkach (dzieci masz).

Mężczyźnie nie wypada się nie golić (zarosłeś, pewnie też się nie myjesz).

Dzieciom nie wypada pytać o wszystko, o co przyjdzie im ochota (rozwydrzone).
Obojgu nie wypada:

* mówić, że dzieci to nie wszystko;

* mieć ryzykownych planów;

* nie przejmować się pieniędzmi;

* nie gotować obiadów;

* cieszyć się głośno życiem.
Kobiecie nie wypada:

* utrzymywać dom;

* nabzdryngolić się od czasu do czasu, tak, że z krzesła spadnie;

* mieć hobby (czas pochłania, próżności jakieś);

* wyglądać tak, że mężczyźni się za nią oglądają.
Mężczyźnie nie wypada:

* zarabiać mniej niż kobieta;

* siedzieć w domu;

* mieć hobby;

* być abstynentem;

* mieć w d… piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę i inne reprezentacje.

niedziela, 13 września 2009

Zazwyczaj unikamy z Panią Sing filmów co których mamy podejrzenie, że powstały w innym celu, niż opowiedzenie ciekawej historii bądź rozrywka. Do tej kategorii należą niewątpliwie wszelkiej maści obrazy propagandowe, co to ducha w narodzie mają podtrzymać (wiadomo, że upada). Wczoraj w telewizorni obejrzeliśmy Katyń. Nie będziemy się wywnętrzniać o samym obrazie, kto widział, ma własne zdanie. Dodamy tylko, że Wajda to jeden z tych ludzi, który otworzył nam, wtedy nastolatkom, oczy na sferę polityczną. To właśnie Człowiek z żelaza i Człowiek z marmuru uświadomiły nam, że nie można stać do polityki tyłem, że tu też trzeba podejmować wybory i ich bronić. Wielkie, wielkie kino. Ale i dla Wajdy przyszedł czas, by pomniki stawiać.

Oglądamy więc wczoraj ten Katyń, oglądamy, ale coś się nam nie zgadza. Nie pasuje. Niby film jak film, trochę teatralny, ale czujemy jakiś fałsz. W końcu pani Sing odzywa się:

- Ej, zwróć uwagę na ich mundury.

Zwracam. Są.

- Przyjrzyj się.

Przyglądam. W końcu widzę. Czyściutkie, prosto z pralni wyjęte, niepogniecione. Żołnierze w obozie jenieckim, po krótkiej, bo krótkiej, ale kampanii wojennej, a oni jakby z balu generalskiego. Zapomnieli o tym? – zastanawiamy się. Niemożliwe. Kilkaset osób pracowało przy filmie, ktoś by zwrócił uwagę. Jak żołnierz jest na froncie, to brudny i nieogolony, co oni filmów wojennych nie widzieli? W takim kinie musi być wiarygodnie, od tego scenograf.

W którymś momencie oficer grany przez Małaszyńskiego dostaje od kumpla sweter. Jasny. W finałowej scenie, robiącej, wrażenie, przyznajemy, ci sami oficerowie, po kilku miesiącach obozu, w tych samych pięknych, wyprasowanych i wyglancowanych mundurach, dostają kulę w łeb. Oficer Małaszyński także, specjalnie jeszcze mu zdejmują mundur, by został w swetrze, byśmy zrozumieli wątek. I w tym jasnym, czyściutkim swetrze, Małaszyński w kulą w głowie wpada do rowu.

I to jest właśnie nasz problem podstawowy. Nasz, Polaków, że tak pompatycznie uogólnimy. Bo jakże to, nasi bohaterowie mieliby ginąć w brudnych mundurach?!

11:00, zmianapasa
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 września 2009

Czasami chodzę do takiego wiejskiego spożywczaka, niedaleko, słabo zaopatrzony, ale jak czegoś na gwałt potrzeba to najbliżej. Malutki jest, w środku nie zmieści się nawet pięć osób. Ludzie zawsze ci sami, okoliczni, chłopy wpadają na piwko, na miejscu oczywiście, butelka z otwieraczem, o to zawsze proszą. Kobity po chlebek, cukier, bo brakło, coś słodkiego dla małego. Pod sklepem trawniczek, można pogadać, poplotkować. Za ladą właścicielka, kobieta dość mocno zniszczona, obok pięćdziesiątki, zawsze w białym fartuchu, czystym, choć zniszczonym. Na głowie trwała, wiadomo, łatwiej dbać, ręce zniszczone, twarz przeorana zmarszczkami. Nigdy się nie uśmiecha. Gdy nie ma klientów, siedzi z boku, przy małym stoliku i czyta.

Wchodzę wczoraj. Wstaje, odkłada książkę, ale inaczej niż zwykle, grzbietem do góry. Co podać, pyta. Wyciągam szyję, płócienna okładka, zniszczona mocno. Czytam: Jan Jakub Rousseau, Emil.

I tak sobie potem pomyślałem, ile to jeszcze stereotypów noszę w sobie, ile wyższości, że mnie to zdziwiło.

12:37, zmianapasa
Link Komentarze (1) »
środa, 09 września 2009

Po miesiącu walki, nerwów, irytacji, obojętności, po wizytach w czterech salonach Orange i  wielokrotnych godzinnych pertraktacjach z Panią Infolinią, odzyskałem internet. Naprawiono mi modem. Bo się popsuł, a to „elektronika, naprawa musi potrwać, rozumie pan”, rzeczowo wyjaśnił mi Pan Salonowiec. Nie rozumiem. Bo samochód, jak się kiedyś był popsuł, to naprawili w jeden dzień. A większe bydlę. Abonament oczywiście w międzyczasie płaciłem bo – jak rzekła Pani Infolinia – „zobowiązał się pan przecież w umowie, czyż nie?” Czyż tak. Nie – to kanarek. Odkryłem jednakże, że brak internetu ma swoją dobra stronę. Dziwną.

Na nowo odkryłem gazety.

Od kilku lat ilość farby drukarskiej, wsiąkającej mi w palce, zmniejszała się radykalnie. W komputerze łatwiej, prościej, szybciej. I tak dalej. Obecność gazet drukowanych w naszym domu ograniczyła się ostatnio do dwóch dni: w piątek – program telewizyjny, w sobotę Wyborcza, Rzepa i Dziennik. Bo taki został mi nawyk, w sobotę poczytać przy kawce. Dziennik ostatnio odpadł, bo jakiś jełop zlikwidował Europę, a głupio czytać gazetę, która ma osiem stron (tyle ma wydanie w moim kiosku).

A tu nagle.

Wystarczył miesiąc bez internetu, by na powrót odkryć uroki słowa drukowanego. Po pierwsze: łatwiej przeglądać. Zdziwiłem się. Czytasz tytuł, grube literki i szast-prast do kolejnego artykułu, strony, rubryki. Nic się nie wczytuje, nie odczytuje, nie trzeba przewijać w dół, w górę. Proste. Prostsze. Po drugie: jest więcej informacji. Tak praktycznie. Kilka na stronie, kilkadziesiąt stron. W sieci są miliony, ale nie tak łatwo dostępnej. Trzeba szukać, googlać, sprawdzać, czy to informacja czy syf. Czas poświęcać. Niby wchodzę sobie na onet czy gazetę, i wiem wszystko, tak mówiłem wcześniej, tak słyszałem. Ale to g. prawda. W necie czytam tytuły. Czasami kliknę głębiej, sprawdziłem to teraz, tak to działą. Po trzecie: łatwiej czytać. Naprawdę. Przy stole, na kanapie, w łóżku, na trawce, na słoneczku, na kiblu – możliwości nieograniczone. Spróbowałem z internetem na kiblu – niewygodnie i niezbyt współgra.

I po czwarte: odkrycie niesamowite – w gazetach jest lepiej. Bardziej interesująco, ciekawiej, mądrzej. Jak sobie popatrzę na TVN24 czy Polsat News, to włos mi się jeży na głowie (Pytanie do ofiary wypadku: Co pan wtedy czuł? Pytanie do wszystkich innych: Co Pan/Pani wtedy czuł/a? Czułem, że jak przyjdzie do mnie głupi reporter, to go zdzielę. Taka powinna być odpowiedź. Copyright mój).

No i uświadomiłem sobie na koniec coś jeszcze. Gdzie ludzie czytają gazety w internecie? W pracy! Najczęściej! A dlaczego? Bo mogą. No to jakby nie mogli, to musieliby w domu. Albo w drodze do pracy. Albo jeszcze gdzieś indziej.

Dobra, żartuję, wcale nie proponuję, by wydawcy namówili pracodawców, by im pomogli podwyższać czytelnictwo. Ale jestem pod takim wrażeniem swojego odkrycia, że wciąż mnie zadziwia. Chyba się starzeję. Bo wiecie co? Postanowiłem wykupić prenumeratę. Jak dinozaur normalnie.

I za ten wpis oczekuję darmowej. Zrozumiano, państwo redaktorstwo?!

 

09:11, zmianapasa
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9