Wykorzystaliśmy Warszawę i porzuciliśmy. Po 12 latach wracamy do domu. Na prowincję. Przesiadamy się z służbowego volvo i 100-metrowego apartamentu do... No właśnie, do czego?
RSS
wtorek, 09 lutego 2010

Że ktoś jeszcze zagląda na ten blog to się byłem zdziwiłem i głupio mi się zrobiło, że ogłuchłem zupełnie. Ale zaraz wyjaśnię.

Tak się złożyło, że Mała do przedszkola już się udała, więc ja na poszukiwania pracy. Znalazłem trochę oddaloną, początki, czasu mało, to i literek pisać nie było kiedy. Ale poprawię się.

No i zaraz kurwica mnie strzeliła, bo po półtora roku siedzenia z dzieckiem przeczytałem, że teraz urlopy tacierzyńskie wprowadzono. Jakie ochy i achy. Będą ojcowie dzieci zabawiać, pampersy wyciskać, mleko robić i świadomości rodzicielskiej nabierać. Trzy tygodnie na to mają.

Nazwisko i adres debila, który na to wpadł proszę, to mu kartkę świąteczną wyślę. Z życzeniami powrotu do zdrowia.

Wyobraźcie sobie – drodzy pomysłodawcy – że wielu ojców po narodzeniu dziecka bierze urlop jedno-, dwutygodniowy, by ogarnąć się i rodzinę w nowej rzeczywistości.

Państwo mu do tego niepotrzebne.

Wielu ojców zajmuje się dziećmi i robi to dłużej niż trzy tygodnie.

Państwo do tego również się nie przydaje.

Są także – o zgrozo! – ojcowie, którzy świadomi są swojej roli i obowiązków.

A państwu nic do tego.

Ale nie. My – Państwo (i ten debil pomysłodawca) – damy ojcom urlopy tacierzyńskie, by sprawiedliwości dziejowej stało się zadość. Ogłosimy to. Pochwalimy się. Gazetę nawet jakąś wciągniemy, by propagowała, zachwalała i generalnie do głowy wkładała, jak to się zmienia na plus!

A słyszeliście – Państwo (i ten debil pomysłodawca) – o działaniach pozorowanych? O propagandzie? O wciskaniu kitu?

Ile te tacierzyńskie będą kosztować? Może jedno nowe przedszkole rocznie? Albo ćwierć szkoły w wiejskiej gminie? Ostatecznie, dodatkowych nauczycieli angielskiego (a niech mnie, wtrącę: właśnie dowiedzieliśmy się w szkole, że zajęcia z angielskiego są tylko dla klas I-IV. Potem jest niemiecki lub rosyjski. Dlaczego? Bo brakuje nauczycieli angielskiego a ci drudzy mianowani, więc dożywotnio nauczają. Kaznodzieje, mać twoja.).

Jakimż trzeba być ignorantem, by wyobrażać sobie, że trzy tygodnie coś zmienią?! Jakim zadufanym, by wyobrażać sobie, że inżynierię społeczną tak prostacko można uprawiać?! Budujcie żłobki, przedszkola i wkładajcie każdy grosz w edukacje. A nie w poprawienie własnego samopoczucia.

I mówię to ja, ociec, który półtora roku z małym dzieckiem spędził.

21:48, zmianapasa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 10 grudnia 2009

Dzień miał być miły. Ale przyszło nowe.

Najpierw okazało się, że trzeba do urzędu, zmianę zgłosić. Zdarza się, firma się zmienia, to i w papierach, by był porządek, trzeba nowe wpisać. Ostatnio rok temu taką pielgrzymkę odbyłem, trwało wszystko dziesięć minut, jeden papierek, następnego dnia odbiór i z głowy. Ale zmiany nastały. Czarujący Donald ogłosił już dawno temu, że teraz biurokracja przyjazna przedsiębiorcom będzie (swoją drogą zwrot „przyjazna biurokracja” wzbudza we mnie coś między zdziwieniem a niecierpliwością). Wchodzę więc do pokoju, bez pukania, jak zwykle, bo przecież oni tam dla mnie, nie ja dla nich. Mówię, z czym przybyłem. Nie ma sprawy, panie uśmiechnęły się od ucha do ucha i podały papierki. Papierki, powtórzę, bo to cztery formularze były. Ale ja tylko… zacząłem, a one, tak, tak, drogi panie, to właśnie te zmiany, musi pan je wypełnić. Ale rok temu… westchnąłem, one pokiwały głowami ze współczuciem: to było rok temu, wszystko się zmienia. W ramach biurokracji przyjaznej przedsiębiorcom wypełniłem więc cztery kartki, trzy razy wracałem do pokoju, bo nie rozumiałem, co tam trzeba napisać, spędziłem równiótką godzinę i wyszedłem.

W sumie, nawet nie jestem zdziwiony. Przecież gdyby w urzędzie okazało się, że wszystko trwa jeszcze szybciej, krócej, łatwiej, pewni do tej pory stałbym tam z miną głupka, zastanawiając się, czy dobrze trafiłem, czy aby państwa mi się nie pomyliły albo kontynenty nawet. A tak? Rząd zapowiedział, że będzie mniej papierków, no to jest więcej. Czy to mam nie dziwić?

Zdziwienie przyszło dopiero wieczorem, gdy na mailu pojawiło się: masz nową wiadomość na naszej klasie. Rzadko tam zaglądam. Gdy latem dowiedziałem się, że wśród moich starych znajomych jest bar tlenowy i szkoła tańca (takie zaproszenie dostałem), zacząłem się zastanawiać, gdzie ja w ogóle chodziłem do szkoły i czy to, co pamiętam, to pamiętam, czy tylko mi się wydaje. Ale wczoraj się przeraziłem: do grona swoich starych znajomych zapraszał mnie zakład hydrauliczny.

Gdy uświadomiłem sobie, ile jest zakładów pogrzebowych w moim mieście, zlikwidowałem konto.

12:22, zmianapasa
Link Komentarze (4) »
wtorek, 24 listopada 2009

Ministerstwo od spraw pracy i związków zawodowych, kierowane przez matkę jednego dziecka, pracuje nad projektem, by dawać więcej pieniędzy tym, co rodzą więcej dzieci. Żeby od tego ozłocone matki rodziły więcej. Jako autor dwójki dzieciaków, wciąż w pełni sił rozpłodowych, wypowiem się.

Będzie chronologicznie.

Najpierw akt.

Pomińmy wielkie słowa, generalnie sprowadza się do tego, że mężczyzna baraszkuje – może w łóżku, może gdzie indziej – z kobietą. Jeśli szczęśliwie zadłużyli się w czasach hossy, to robią to we własnym mieszkaniu. Jeśli zadłużyli się za bardzo, są przepracowani, ale niech tam, w końcu ich decyzja. Plemnik zwycięzca dostał się, gdzie powinien i pewnego dnia okazuje się – będzie dziecko.

Teraz ciąża.

Gdy już się nacieszą (zakładamy, że to stan pożądany), druga myśl kobiety – co z pracą? Szef się dowie, to zaraz na zwolnienie wyśle, zapłaci za 35 dni, potem ZUS bierze utrzymanie ciężarnej na siebie. Szef znajdzie następną na jej miejsce. Mógłby co prawda nie wysyłać, przecież to nie choroba, ale wiadomo, jak to będzie? Tydzień taka przyjdzie, tydzień nie, bo źle się poczuje. Przez pół roku tak się wozić? Niech choruje. Znaczy ciążuje.

Przyszła mama pędzi wte pędy do lekarza. Słyszała, że opieka nad takimi jak ona darmowa zupełnie. Na miejscu dowiaduje się, że musi robić badanie takie i takie, i jeszcze jedno, co miesiąc na kontrolę, usg zrobimy, tu adres mojego gabinetu. Stawia się co miesiąc, prywatnie, odpalając prywatne złocisze, szczęśliwa, że wie, jak się dziecko rozwija. Mogłaby oczywiście państwowo, chciałaby, ale przecież nie zaryzykuje, gdy lekarz szepnął na pierwszej wizycie, że on tego aparatu usg to nie za bardzo pewien? A jak z aparatu wyjdzie, że chłopak, ona ciuszków nakupi, a na świecie pojawi się dziurawiec?

Zbliża się poród.

Jeśli kobieta chimery mieć będzie i chciałaby normalnie być traktowaną, to sala osobna. Płacimy. Jeśli cesarka na żądanie – płacimy. Znieczulenie – takoż. Pomoc pielęgniarki tuż po porodzie dyżur nazywa i płatny jest. Oczywiście mama mogłaby, chciałaby, za darmo, bo ministry zapewniają, że tak jest, ale wszyscy w szpitalu się dziwią – za darmo? Za darmo to włosy rosną, a i nie wszystkim, komentuje jedna z pielęgniarek.

Dziecko jest.

Państwo dało tysiaka becikowego, niektórym nawet dwa, na wyprawkę poszło. Mama trzy miesiące w domu siedzi i do roboty chce wracać. Jakiej roboty, kochanieńka, zajmuj się dzieckiem, to dla niego najważniejsze, przekonuje szef. Całkiem miły jest, ale przekonuje. Zatrudnił już nową. Jeśli matka się uprze, wróci, takie prawo. Ale pracować będzie za dwie, musi pokazać, że ona niepełnosprawna nie jest, że dzieciak u boku to żaden garb, poradzę sobie szefie, a jakże. A co z dzieckiem? Jak są babcie, można je dociążyć etatem, jak nie – niania. Płatna. Żłobek? Buhaha, rżała koleżanka, nie masz szans, zarabiacie. Jakbyście nie mieli kasy, to może by się udało, ale zarabiacie. Ale po co żłobek tym, co nie pracują, dziwi się mama. Dziwna, że się dziwi. Tak jest i tyle.

Dziecko urosło.

Przedszkole trzeba załatwić. Załatwić, to dobre słowo. Załatwia się i w Warszawie, i poza. Bo wszędzie mało miejsc. Są prywatne, ale kosztują. Biada, jeśli do głowy młodym rodzicom przyszło wyprowadzić się za granice miasta. Tam szukajcie przedszkola, usłyszą, przecież nie nasi jesteście. A jacy? Tu pracujemy, tu wydajemy, odpowiadają zaskoczeni. Trza było się nie meldować na wsi, słyszą i albo prywatne im zostaje, ale przemeldowanie.

Dziecko urosło jeszcze bardziej.

Do szkoły poszło. Państwowej, a jakże, darmowej. Składka na klasowe, składka na komitet, składka na pomoce dla dzieci, kredki, papier do xero, bloki, komplet książek po kilka stów. Ale angielski na dennym poziomie, więc trzeba prywatnie, zajęć dodatkowych brak, a dziecko coś by porobiło jeszcze poza nauką, więc tańce, basen…

Tu się zatrzymam, bo ciąg dalszy przed nami. Pewnie równie przyjazny. Swego czasu załapaliśmy się na becikowe, ale tak nami ten pomysł wstrząsnął, że nie skorzystaliśmy. Jak pani Fedak za trzecie dziecko zapłaci trzy tysiące, też nie skorzystamy. Bo trzeciego nie będzie. Nie będzie, bo usg, bo poród, bo żłobek, bo przedszkole. Bo zbyt długa przerwa z zawodowym życiorysie.

Jakie rządy, taki przyrost.

22:58, zmianapasa
Link Komentarze (6) »
wtorek, 17 listopada 2009

– Choroba – zakrzyknął synalek po powrocie ze szkoły. – Nie wyrażaj się – odkrzyknęła Pani Sing, jako że w pobliżu była. – Ale choroba, w szkole – westchnął młody i dalej matce rozjaśniać, że jedna trzecia klasy pokotem leży. – Co to jest świńska grypa? – pyta. – Choroba – chciała powiedzieć pani Sing, ale zatrzymała się w porę, bo synek już palec do góry wyciągnął w matczynym naśladownictwie pod hasłem: nie wyrażaj się. – Rodzaj grypy – odpowiedziała w końcu. – Od świni? – naciskał. – Coś w tym rodzaju. – Bo Krzysiek mówił, że połowa z nas umrze – ciągnął dalej.

– Co takiego? – Pani Sing ta opcja wydawała się nie w porę.

– Grypa zabije połowę ludzi na ziemi. Czy to ci, co zachorowali? – dopytywał się synalek. – Bo Damian też jest chory – zasmucił się.

– Nie, rybko, nie umrze, to tylko choroba, ludzie chorują i zdrowieją – uspokoiła go Pani Sing ale dla pewności nie włączała w jego pobliżu wiadomości.

Z tatą pani Sing nie było tak łatwo. On telewizor ma swój, w domu, więc się napatrzył. – Nie jedźcie tam – zaczął złowieszczo. Zadzwonił wieczorem, ponieważ Pani Sing nieopatrznie wygadała się, że znajomych daleko odwiedzać będziem. –Tam w szkołach lekcje odwołują, całe klasy chorują. A jak dzieci się zarażą? Co będzie? – pytał, bo od razu włączył mu się wyjaśniaczo-namawiacz. – Widziałaś, ile ludzi umiera? Toż to masakra będzie. My tam z domu nie wychodzimy, by się nie zarazić. Nieodpowiedzialna jesteś całkowicie, że dzieci tak narażasz – ciągnął i dopiero pytanie Pani Sing „a kto wam robi zakupy?” wytrąciło go lekko z równowagi. – No, ja wychodzę. Mama. Ale tylko do sklepu – odpowiedział.

– Ale ty widziałeś, ile tam ludzi się przewala? Oni kaszlą na ten chleb, co kupujesz, jabłka, jak nic można się zarazić – Pani Sing postanowiła wprowadzić ojca w stan irytująco-zadumany.

– Masz rację, dziecko – zastanowił się chwilę rodziciel. – To wiesz co, jak będziesz jutro wracała z pracy, to zrobisz nam po drodze.

– Obudź się, to tylko grypa – zawołała Pani Sing.

– Tylko?! – zdenerwował się ojciec. – Chcesz żebyśmy umarli?

– Zastanów się, co ty gadasz. Wyłącz ten TVN24 i idź na spacer. Ozdrowiejesz.

– Oh, ty – rodzic się naprawdę zdenerwował. – Ty jak Tusk!

– Co: jak Tusk?

– Wiesz, czemu oni tych szczepionek nie kupują?

– Wiem.

– G… wiesz. Bo nie chcą szczepić starych!

– Co?! – zaśpiewała Pani Sing bliska omdlenia.

– Ty taka głupia jesteś?! – ryknął. – Starzy się uszczuplą, to z emeryturami nie będzie problemu. A i wyborców PiS-u mniej, wiadomo, kto na Kaczyńskich głosuje.

Pani Sing trzasnęła z wrażenia komórką. Potem pojechała odbudowywać relacje rodzinne, zdemolowane przez media i politykę.  

  

21:36, zmianapasa
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Przed południem i wieczorem zapaliliśmy świeczki. Jeden cmentarz, drugi, tłumy, w nocy niesamowita łuna. Przeciskamy się z wózkiem między ludźmi, trochę przekleństw, trochę uwag typu gdzie się pchasz, baranie, w sumie dotarliśmy na miejsce. Zmarznięci wróciliśmy do domu. Robimy tak co roku, od lat, jak wszyscy. Zawsze coś ciekawego można zobaczyć. Rok temu widzieliśmy parę, tak przed pięćdziesiątką, ona układała znicze na grobie, on stał nieruchomo, z rękami złożonymi na plecach i awanturowali się w najlepsze. Syczeli, wyzywali się od debili, podniesionym głosem warczeli coś o dzieciach, sklepie, nie wsłuchiwaliśmy się za bardzo w słowa, nie były ważne. W tym roku, dwa groby dalej, grupka nastolatków, dziewczyny, chłopaki, opowiadali sobie dowcipy. Jeden, drugi, kolejny, najpierw śmiali się półgębkiem, cicho, w kołnierz, potem bez skrępowania, na cały głos. W tym roku uwagę poczyniła pani Sing. – Przyjrzałam się uważnie – mówi, gdy pakujemy się do samochodu – szukałam ludzi skupionych, modlących się, może stojących nad grobem w zadumie. Byli tacy. Kilka. Norma jest taka, że przychodzić, palisz świeczki, jeśli spotkasz się z rodziną lub znajomymi, pogadasz chwilę i zmykasz. Odpust, kiermasz i festyn w jednym.

– A co się dziwisz? – odpowiadam. – Przecież dla większości to tylko rytuał. Jeden z wielu. Obowiązkowy, ale pusty. Trzeba odwiedzić grób bliskich, wcześniej go wypucować, pokazać innym, że się pamięta. To cię określa i umiejscawia społecznie.

– A jeśli nie zapalisz świeczki, to jesteś gorszy?

– Oczywiście. Ludzie chcą coś wiedzieć o innych. Do głowy im nie wejdą, wiec szukają znaków, na podstawie których mogą wydać ocenę. To jeden z takich znaków. Robisz tour de grób, jesteś jednym z nas. Nie robisz, to się goń.

– Straszne rzeczy mówisz. A pamięć?

– O zmarłych?

– Tak.

– Co ci po pamięci raz w roku?

– Lepiej jeden dzień, niż w ogóle.

– Może. Choć jak patrzę na taki odpust, trudno mi przyznać, że on się ku pamięci odbywa.

10:23, zmianapasa
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 26 października 2009
Wyjechaliśmy, przyjechaliśmy, i okazało się, że mgła nas przykryła, liście żółte zasypały, drogi śliskie, kałuże przed domem, generalnie – witamy w domu. Jako że nic zupełnie się nie działo, nawet wiatr zwiał i drzewa ani drgną, postanowiliśmy spędzić weekend przez ekranem. Dwa przestawienia obejrzeliśmy, dwa razy się zasępiliśmy i końcu konkluzję przyszło wyartykułować – takie mądrale to z nas nie są.
Najpierw w sobotę. Dzieci do łóżka zagonione, my na kanapce, Pani Sing w szlafroczku, jak trzeba, ja też nie ubrany, oglądamy. Biją się. Ale jak! Po amerykańsku. Dwóch półnagich facetów okłada się pięściami, ale to pikuś. Co za oprawa! Sala, gala, światła, spikerzy, frajerzy (po kilka stówek za bilety), panienki – ameryka prawdziwa. Jak Tyson się prał, to tak to wyglądało. Jak Gołota faulował Bowe’a – też. Rasowa gala i to u nas, nie za oceanem. Pobili się, przewrócili, wygrali, przegrali, koniec.
Siedzimy z Panią Sing, brwi nam się schodzą z wysiłku myślowego, bo jak to: walka stulecia? A o co? Mistrzostwo, wicemistrzostwo, a może wyróżnienie? O cokolwiek! Ale nie. Osiem milionów ludzi, w tym my, oglądali, jak Gołota z Adamkiem piorą się, by – uwaga – oglądało ich jak najwięcej ludzi. Finansowo cel szlachetny, a jakże, ale sportowo? Mecz piłkarski Polska – San Marino. Taka ranga. Cholera, nie zrozumieliśmy myśli przewodniej, wykoncypowaliśmy i poszliśmy spać.
Następnego wieczora przedstawienie drugie. Dzieci śpią, my patrzymy. Wojnę polsko-ruską obejrzeliśmy. Film. Matko, aż nam się gęby śmiały – jaka zawodowa realizacja, jakie pomysły formalne, muzyczka świetnie dobrana, Szyc ja fali, w końcu polskie kino że fest. Skoczyło się. Westchnęliśmy. Milczymy. W końcu Pani Sing się odzywa: – Fajnie zrobione.
– No – rozwijam.
– Nieźle grali.
– Całkiem – peroruję.
– Ty, ale o czym to było? – pyta Pani Sing.
– Nie wiem.
– Hm, ja też nie.
– No tak.
– Właśnie.
Nie było nam do śmiechu. Dwa razy w jeden weekend dać się zrobić w trąbę, to aż nadto.
15:56, zmianapasa
Link Komentarze (4) »
wtorek, 29 września 2009

W swojej żmudnej drodze ku kucharskiej doskonałości ciasto upiekłem. Gwoli ścisłości: z torebki było, trzeba jaj dodać, pomieszać i włożyć do piekarnika. Jak na faceta, który rok temu potrafił jedynie usmażyć jajecznicę, to sukces wielki i powód do dumy. Jednakowoż, jak to z gotowaniem bywa, i to wzbudzić musiało kontrowersje. Smak, jak smak, całkiem całkiem, wygląd trochę gorszy niż na obrazku, ale Pani Sing i tak rzeczonym faktem się pochwaliła. Znaczy, jakiego to nie ma chłopa. Słuchacze wiadomość przyjęli z szacunkiem, ale słuchaczki już nie bardzo. I tu wtrącić trzeba – nie były to słuchaczki wiekiem słynące, doświadczeniem wszelakim, ale młode całkiem, z dzieciakami mniejszymi niż mój rower.

– To co, on w kurę domową się bawi? – zastanawiać się zaczęły na głos, jako że nieobecny byłem.

– Bo gotuje? – pyta Pani Sing

– No.

– Ale to takie specjalne gotowanie.

– Co to znaczy?

– Z testosteronem.

Ubaw mieliśmy potem ale i refleksję. Feministkom pod rozwagę. Zapomnijcie, panie drogie, o wychowywaniu mężczyzn, o walce płci i innych zmurszałych hasłach. Nie tu zmian potrzeba. Obok ugór wielki – mentalność kobieca. Co przed zmianami się broni i tradycją główkuje. Kobiety, co niczym ich babcie, mężczyzn przed niestosownymi pracami chronią. Młode z twarzy, stare w środku. Na nic parytety i priorytety, gdy we własnych szeregach sabotażyści.

To tyle, idę robić kotlety.

10:36, zmianapasa
Link Komentarze (8) »
piątek, 25 września 2009

Z powtarzanymi po wielokroć opiniami tak dziwnie się dzieje, że niezauważalnie stają się oczywistą oczywistością, pewnikiem ostatecznym i sądem niepodważalnym. Przykładem służę:

Jadę wczoraj samochodem, w Trójce analityk o sytuacji przedsiębiorców peroruje. Mówi: składki na ZUS dla przedsiębiorców jednoosobowych są za wysokie, to hamuje rozwój. Gdyby je obniżyć, więcej firm wyjdzie z szarej strefy., budżet skorzysta, lepiej będzie i dostatniej.

Wszyscy znają tę gadkę na pamięć. Wszyscy (prawie) się zgadzają. Oczywista oczywistość, rzec by się chciało.

Jako że z firmami trochę styczność miałem, na działalności jednoosobowej gospodarczej zatrudniony byłem a i Pani Sing obecnie biznesy uprawia, kalkulację jestem w stanie sobie przygotować. Zawsze wyjdzie, że lepiej płacić mniej

Ale.

We wczorajszej Wyborczej czytam o przedsiębiorcach jednoosobowych, co wypisują się z ZUS i zatrudniają fikcyjnie za granicą. Płacą firmie jakiejś, w Estonii dajmy na to (konkretniej: pośrednikowi), 499 złociszy, a ta na etat ich wciąga, listy płac prowadzi i wszystko legalnie się odbywa. Ile zaoszczędzą? ZUS kosztuje coś bodaj 850 zł, więc chodzi 350. Ale pamiętajmy, że część składki, chyba 170 zł, pomniejsza podatek, a nie dochód. Więc jeśli tylko wykazujemy jakikolwiek dochód na papierze, ta suma jest tylko pozycją księgową (o tyle mniejszy płacimy podatek). Wychodzi więc na to, że na całej operacji można zaoszczędzić coś około stu osiemdziesięciu złotych miesięcznie.

I tu wróćmy do wspomnianego analityka i jego opinii. Jeśli kilka tysięcy jednoosobowych biznesmenów zadaje sobie trud i pewne ryzyko, by w skali roku zaoszczędzić półtora tysiąca złotych, to czy oni tego trudu zadawać sobie nie będą, gdy składki będą mniejsze? Skąd to przekonanie? Ja opinię mam taką, że tu większą rolą mentalność, a nie księgowość, odgrywa. Ci, którzy w szarej strefie siedzą, siedzieć w niej będą, bo im dobrze tam, a czy składka mniejsza czy większa, i tak jej płacić nie będą. Bo nie lubią. Ci, którzy zatrudniają się fikcyjnie w Estonii – także. Ze starego wilka owieczki nie zrobisz. Z młodego – także. Co więc da obniżenie składek?  

A wspomnianemu analitykowi sugeruję, aby nad innym problemem się zastanowił: jaki system emerytalny będzie obowiązywał w 2040 roku, gdy on, ja, i miliony będą się na emeryturę wybierać? Bo jeśli na świecie są jakieś oczywiste oczywistości, to właśnie takie – na pewno nie taki jak teraz.

Czego sobie i jemu życzę.

 

10:27, zmianapasa
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 września 2009
Papierkowych prac trochę nam zostało związanych z budową, konkretnie z jej zakończeniem, oddaniem do użytku, i tym podobnymi błahostkami. Narzekanie na biurokrację to sport, w którym staramy się nie uczestniczyć z racji niechęci do narzekania ogólnie, więc wzięliśmy d. w troki i dalej do starostwa, gdzie dostaliśmy wykaz niezbędnych dokumentów, dzięki którym będziemy mogli legalnie zamieszkać w naszym domostwie (wnioskują poprawnie: obecnie mieszkamy nielegalnie).

Wykaz długi jest, więc wzięliśmy się szybko do roboty. Potrzebne podpisy elektryka, że instalacja zgodna ze zgodnościami wszelkimi, hydraulika takoż, kominiarza, że kominy są i ciągną jak się patrzy, geodety, że budynek na naszej właśnie działce stoi a nie cudzej (choć przed rozpoczęciem budowy to on wymierzał przecie). O takich drobnostkach jak dziennik budowy, wyciąg z uprawnień kierownika, oświadczenia jakieś i kopie oświadczeń, oraz świadectwo energetyczne za tysiąc złociszy nie wspominając.

Znaleźliśmy elektryka. Umówiliśmy się, zawieźliśmy papiery, powiedział, ze zadzwoni za tydzień. Zadzwonił, zainkasował dwieście. Z hydraulikiem ze stosownymi papierami, potwierdzającymi że na rurkach zna się w istocie, był problem, dłużej szukaliśmy, więc i stawka wyższa – dwieście pięćdziesiąt. Geodeta mapy, które już wymierzył, zabrał raz jeszcze i po dwóch tygodniach oddał. Z nową – za pięćset. Teraz czekamy na świadectwo energetycznie.

Ale nie o kosztach tutaj, o nie. Jak się chce budować, trzeba płacić. Ciekawsze jest co innego.

ŻADEN, dosłownie żaden z pieczętujących na budowie się nie zjawił, lokalu wybudowanego nie obejrzał. Majsty robili, to pewnie dobrze zrobili, ja mam tylko pieczątkę postawić, wyjaśnił nam hydraulik. Kierownik budowy, gdy spytaliśmy, czy to tak właśnie powinno wyglądać, spytał: a jak niby inaczej?

I tu też zupełny dyskomfort poznawczy nam się pojawił, bo od zawsze przekonani byliśmy, że biurokracja po to jest, by się biurokraci pożywili. Ale gdzie tam. Przecież oni zupełnie żadnej tej złotóweczki naszej na oczy nie zobaczyli, inni skorzystali. Po co im więc to?

Wdzięczni będzie za poważne rozjaśnienie kwestii, bo świat nam trochę na opak zaczął się wydawać.

23:09, zmianapasa
Link Komentarze (5) »
wtorek, 15 września 2009

Po kilkunastu miesiącach życia w miejscowości mniejszej niż Wawa a większej niż Grudki Małe, mamy jakie takie rozeznanie. Otóż:

Matce nie wypada chodzić w krótkich sukienkach (dzieci masz).

Mężczyźnie nie wypada się nie golić (zarosłeś, pewnie też się nie myjesz).

Dzieciom nie wypada pytać o wszystko, o co przyjdzie im ochota (rozwydrzone).
Obojgu nie wypada:

* mówić, że dzieci to nie wszystko;

* mieć ryzykownych planów;

* nie przejmować się pieniędzmi;

* nie gotować obiadów;

* cieszyć się głośno życiem.
Kobiecie nie wypada:

* utrzymywać dom;

* nabzdryngolić się od czasu do czasu, tak, że z krzesła spadnie;

* mieć hobby (czas pochłania, próżności jakieś);

* wyglądać tak, że mężczyźni się za nią oglądają.
Mężczyźnie nie wypada:

* zarabiać mniej niż kobieta;

* siedzieć w domu;

* mieć hobby;

* być abstynentem;

* mieć w d… piłkę nożną, siatkówkę, koszykówkę i inne reprezentacje.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10