Wykorzystaliśmy Warszawę i porzuciliśmy. Po 12 latach wracamy do domu. Na prowincję. Przesiadamy się z służbowego volvo i 100-metrowego apartamentu do... No właśnie, do czego?
Że ktoś jeszcze zagląda na ten blog to się byłem zdziwiłem i
głupio mi się zrobiło, że ogłuchłem zupełnie. Ale zaraz wyjaśnię.
Tak się złożyło, że Mała do przedszkola już się udała, więc
ja na poszukiwania pracy. Znalazłem trochę oddaloną, początki, czasu mało, to i
literek pisać nie było kiedy. Ale poprawię się.
No i zaraz kurwica mnie strzeliła, bo po półtora roku
siedzenia z dzieckiem przeczytałem, że teraz urlopy tacierzyńskie wprowadzono.
Jakie ochy i achy. Będą ojcowie dzieci zabawiać, pampersy wyciskać, mleko robić
i świadomości rodzicielskiej nabierać. Trzy tygodnie na to mają.
Nazwisko i adres debila, który na to wpadł proszę, to mu
kartkę świąteczną wyślę. Z życzeniami powrotu do zdrowia.
Wyobraźcie sobie – drodzy pomysłodawcy – że wielu ojców po
narodzeniu dziecka bierze urlop jedno-, dwutygodniowy, by ogarnąć się i rodzinę
w nowej rzeczywistości.
Państwo mu do tego niepotrzebne.
Wielu ojców zajmuje się dziećmi i robi to dłużej niż trzy
tygodnie.
Państwo do tego również się nie przydaje.
Są także – o zgrozo! – ojcowie, którzy świadomi są swojej
roli i obowiązków.
A państwu nic do tego.
Ale nie. My – Państwo (i ten debil pomysłodawca) – damy ojcom
urlopy tacierzyńskie, by sprawiedliwości dziejowej stało się zadość. Ogłosimy
to. Pochwalimy się. Gazetę nawet jakąś wciągniemy, by propagowała, zachwalała i
generalnie do głowy wkładała, jak to się zmienia na plus!
A słyszeliście – Państwo (i ten debil pomysłodawca) – o działaniach
pozorowanych? O propagandzie? O wciskaniu kitu?
Ile te tacierzyńskie będą kosztować? Może jedno nowe
przedszkole rocznie? Albo ćwierć szkoły w wiejskiej gminie? Ostatecznie,
dodatkowych nauczycieli angielskiego (a niech mnie, wtrącę: właśnie
dowiedzieliśmy się w szkole, że zajęcia z angielskiego są tylko dla klas I-IV. Potem
jest niemiecki lub rosyjski. Dlaczego? Bo brakuje nauczycieli angielskiego a ci
drudzy mianowani, więc dożywotnio nauczają. Kaznodzieje, mać twoja.).
Jakimż trzeba być ignorantem, by wyobrażać sobie, że trzy
tygodnie coś zmienią?! Jakim zadufanym, by wyobrażać sobie, że inżynierię
społeczną tak prostacko można uprawiać?! Budujcie żłobki, przedszkola i
wkładajcie każdy grosz w edukacje. A nie w poprawienie własnego samopoczucia.
I mówię to ja, ociec, który półtora roku z małym dzieckiem
spędził.
Najpierw okazało się, że
trzeba do urzędu, zmianę zgłosić. Zdarza się, firma się zmienia, to i w
papierach, by był porządek, trzeba nowe wpisać. Ostatnio rok temu taką pielgrzymkę
odbyłem, trwało wszystko dziesięć minut, jeden papierek, następnego dnia odbiór
i z głowy. Ale zmiany nastały. Czarujący Donald ogłosił już dawno temu, że
teraz biurokracja przyjazna przedsiębiorcom będzie (swoją drogą zwrot
„przyjazna biurokracja” wzbudza we mnie coś między zdziwieniem a
niecierpliwością). Wchodzę więc do pokoju, bez pukania, jak zwykle, bo przecież
oni tam dla mnie, nie ja dla nich. Mówię, z czym przybyłem. Nie ma sprawy,
panie uśmiechnęły się od ucha do ucha i podały papierki. Papierki, powtórzę, bo
to cztery formularze były. Ale ja tylko… zacząłem, a one, tak, tak, drogi
panie, to właśnie te zmiany, musi pan je wypełnić. Ale rok temu… westchnąłem,
one pokiwały głowami ze współczuciem: to było rok temu, wszystko się zmienia. W
ramach biurokracji przyjaznej przedsiębiorcom wypełniłem więc cztery kartki,
trzy razy wracałem do pokoju, bo nie rozumiałem, co tam trzeba napisać,
spędziłem równiótką godzinę i wyszedłem.
W sumie, nawet nie jestem zdziwiony.
Przecież gdyby w urzędzie okazało się, że wszystko trwa jeszcze szybciej,
krócej, łatwiej, pewni do tej pory stałbym tam z miną głupka, zastanawiając
się, czy dobrze trafiłem, czy aby państwa mi się nie pomyliły albo kontynenty
nawet. A tak? Rząd zapowiedział, że będzie mniej papierków, no to jest więcej.
Czy to mam nie dziwić?
Zdziwienie przyszło
dopiero wieczorem, gdy na mailu pojawiło się: masz nową wiadomość na naszej
klasie. Rzadko tam zaglądam. Gdy latem dowiedziałem się, że wśród moich starych
znajomych jest bar tlenowy i szkoła tańca (takie zaproszenie dostałem),
zacząłem się zastanawiać, gdzie ja w ogóle chodziłem do szkoły i czy to, co
pamiętam, to pamiętam, czy tylko mi się wydaje. Ale wczoraj się przeraziłem: do
grona swoich starych znajomych zapraszał mnie zakład hydrauliczny.
Gdy uświadomiłem sobie,
ile jest zakładów pogrzebowych w moim mieście, zlikwidowałem konto.
Ministerstwo od spraw
pracy i związków zawodowych, kierowane przez matkę jednego dziecka, pracuje nad
projektem, by dawać więcej pieniędzy tym, co rodzą więcej dzieci. Żeby od tego
ozłocone matki rodziły więcej. Jako autor dwójki dzieciaków, wciąż w pełni sił
rozpłodowych, wypowiem się.
Będzie chronologicznie.
Najpierw akt.
Pomińmy wielkie słowa,
generalnie sprowadza się do tego, że mężczyzna baraszkuje – może w łóżku, może
gdzie indziej – z kobietą. Jeśli szczęśliwie zadłużyli się w czasach hossy, to
robią to we własnym mieszkaniu. Jeśli zadłużyli się za bardzo, są
przepracowani, ale niech tam, w końcu ich decyzja. Plemnik zwycięzca dostał
się, gdzie powinien i pewnego dnia okazuje się – będzie dziecko.
Teraz ciąża.
Gdy już się nacieszą
(zakładamy, że to stan pożądany), druga myśl kobiety – co z pracą? Szef się
dowie, to zaraz na zwolnienie wyśle, zapłaci za 35 dni, potem ZUS bierze
utrzymanie ciężarnej na siebie. Szef znajdzie następną na jej miejsce. Mógłby
co prawda nie wysyłać, przecież to nie choroba, ale wiadomo, jak to będzie?
Tydzień taka przyjdzie, tydzień nie, bo źle się poczuje. Przez pół roku tak się
wozić? Niech choruje. Znaczy ciążuje.
Przyszła mama pędzi wte
pędy do lekarza. Słyszała, że opieka nad takimi jak ona darmowa zupełnie. Na
miejscu dowiaduje się, że musi robić badanie takie i takie, i jeszcze jedno, co
miesiąc na kontrolę, usg zrobimy, tu adres mojego gabinetu. Stawia się co
miesiąc, prywatnie, odpalając prywatne złocisze, szczęśliwa, że wie, jak się
dziecko rozwija. Mogłaby oczywiście państwowo, chciałaby, ale przecież nie zaryzykuje,
gdy lekarz szepnął na pierwszej wizycie, że on tego aparatu usg to nie za bardzo
pewien? A jak z aparatu wyjdzie, że chłopak, ona ciuszków nakupi, a na świecie
pojawi się dziurawiec?
Zbliża się poród.
Jeśli kobieta chimery mieć
będzie i chciałaby normalnie być traktowaną, to sala osobna. Płacimy. Jeśli
cesarka na żądanie – płacimy. Znieczulenie – takoż. Pomoc pielęgniarki tuż po
porodzie dyżur nazywa i płatny jest. Oczywiście mama mogłaby, chciałaby, za
darmo, bo ministry zapewniają, że tak jest, ale wszyscy w szpitalu się dziwią –
za darmo? Za darmo to włosy rosną, a i nie wszystkim, komentuje jedna z
pielęgniarek.
Dziecko jest.
Państwo dało tysiaka
becikowego, niektórym nawet dwa, na wyprawkę poszło. Mama trzy miesiące w domu
siedzi i do roboty chce wracać. Jakiej roboty, kochanieńka, zajmuj się
dzieckiem, to dla niego najważniejsze, przekonuje szef. Całkiem miły jest, ale
przekonuje. Zatrudnił już nową. Jeśli matka się uprze, wróci, takie prawo. Ale
pracować będzie za dwie, musi pokazać, że ona niepełnosprawna nie jest, że
dzieciak u boku to żaden garb, poradzę sobie szefie, a jakże. A co z dzieckiem?
Jak są babcie, można je dociążyć etatem, jak nie – niania. Płatna. Żłobek?
Buhaha, rżała koleżanka, nie masz szans, zarabiacie. Jakbyście nie mieli kasy,
to może by się udało, ale zarabiacie. Ale po co żłobek tym, co nie pracują,
dziwi się mama. Dziwna, że się dziwi. Tak jest i tyle.
Dziecko urosło.
Przedszkole trzeba załatwić.
Załatwić, to dobre słowo. Załatwia się i w Warszawie, i poza. Bo wszędzie mało
miejsc. Są prywatne, ale kosztują. Biada, jeśli do głowy młodym rodzicom
przyszło wyprowadzić się za granice miasta. Tam szukajcie przedszkola, usłyszą,
przecież nie nasi jesteście. A jacy? Tu pracujemy, tu wydajemy, odpowiadają
zaskoczeni. Trza było się nie meldować na wsi, słyszą i albo prywatne im
zostaje, ale przemeldowanie.
Dziecko urosło jeszcze
bardziej.
Do szkoły poszło. Państwowej,
a jakże, darmowej. Składka na klasowe, składka na komitet, składka na pomoce
dla dzieci, kredki, papier do xero, bloki, komplet książek po kilka stów. Ale
angielski na dennym poziomie, więc trzeba prywatnie, zajęć dodatkowych brak, a
dziecko coś by porobiło jeszcze poza nauką, więc tańce, basen…
Tu się zatrzymam, bo ciąg
dalszy przed nami. Pewnie równie przyjazny. Swego czasu załapaliśmy się na
becikowe, ale tak nami ten pomysł wstrząsnął, że nie skorzystaliśmy. Jak pani
Fedak za trzecie dziecko zapłaci trzy tysiące, też nie skorzystamy. Bo
trzeciego nie będzie. Nie będzie, bo usg, bo poród, bo żłobek, bo przedszkole.
Bo zbyt długa przerwa z zawodowym życiorysie.
– Choroba – zakrzyknął
synalek po powrocie ze szkoły. – Nie wyrażaj się – odkrzyknęła Pani Sing, jako
że w pobliżu była. – Ale choroba, w szkole – westchnął młody i dalej matce
rozjaśniać, że jedna trzecia klasy pokotem leży. – Co to jest świńska grypa? – pyta.
– Choroba – chciała powiedzieć pani Sing, ale zatrzymała się w porę, bo synek
już palec do góry wyciągnął w matczynym naśladownictwie pod hasłem: nie wyrażaj
się. – Rodzaj grypy – odpowiedziała w końcu. – Od świni? – naciskał. – Coś w
tym rodzaju. – Bo Krzysiek mówił, że połowa z nas umrze – ciągnął dalej.
– Co takiego? – Pani Sing ta
opcja wydawała się nie w porę.
– Grypa zabije połowę
ludzi na ziemi. Czy to ci, co zachorowali? – dopytywał się synalek. – Bo Damian
też jest chory – zasmucił się.
– Nie, rybko, nie umrze,
to tylko choroba, ludzie chorują i zdrowieją – uspokoiła go Pani Sing ale dla
pewności nie włączała w jego pobliżu wiadomości.
Z tatą pani Sing nie było
tak łatwo. On telewizor ma swój, w domu, więc się napatrzył. – Nie jedźcie tam –
zaczął złowieszczo. Zadzwonił wieczorem, ponieważ Pani Sing nieopatrznie
wygadała się, że znajomych daleko odwiedzać będziem. –Tam w szkołach lekcje
odwołują, całe klasy chorują. A jak dzieci się zarażą? Co będzie? – pytał, bo
od razu włączył mu się wyjaśniaczo-namawiacz. – Widziałaś, ile ludzi umiera? Toż
to masakra będzie. My tam z domu nie wychodzimy, by się nie zarazić. Nieodpowiedzialna
jesteś całkowicie, że dzieci tak narażasz – ciągnął i dopiero pytanie Pani Sing
„a kto wam robi zakupy?” wytrąciło go lekko z równowagi. – No, ja wychodzę. Mama.
Ale tylko do sklepu – odpowiedział.
– Ale ty widziałeś, ile
tam ludzi się przewala? Oni kaszlą na ten chleb, co kupujesz, jabłka, jak nic
można się zarazić – Pani Sing postanowiła wprowadzić ojca w stan
irytująco-zadumany.
– Masz rację, dziecko –
zastanowił się chwilę rodziciel. – To wiesz co, jak będziesz jutro wracała z
pracy, to zrobisz nam po drodze.
– Obudź się, to tylko
grypa – zawołała Pani Sing.
– Tylko?! – zdenerwował się
ojciec. – Chcesz żebyśmy umarli?
– Zastanów się, co ty
gadasz. Wyłącz ten TVN24 i idź na spacer. Ozdrowiejesz.
– Oh, ty – rodzic się naprawdę
zdenerwował. – Ty jak Tusk!
– Co: jak Tusk?
– Wiesz, czemu oni tych
szczepionek nie kupują?
– Wiem.
– G… wiesz. Bo nie chcą
szczepić starych!
– Co?! – zaśpiewała Pani
Sing bliska omdlenia.
– Ty taka głupia jesteś?! –
ryknął. – Starzy się uszczuplą, to z emeryturami nie będzie problemu. A i
wyborców PiS-u mniej, wiadomo, kto na Kaczyńskich głosuje.
Pani Sing trzasnęła z
wrażenia komórką. Potem pojechała odbudowywać relacje rodzinne, zdemolowane
przez media i politykę.
Przed południem i
wieczorem zapaliliśmy świeczki. Jeden cmentarz, drugi, tłumy, w nocy
niesamowita łuna. Przeciskamy się z wózkiem między ludźmi, trochę przekleństw,
trochę uwag typu gdzie się pchasz, baranie, w sumie dotarliśmy na miejsce.
Zmarznięci wróciliśmy do domu. Robimy tak co roku, od lat, jak wszyscy. Zawsze
coś ciekawego można zobaczyć. Rok temu widzieliśmy parę, tak przed pięćdziesiątką,
ona układała znicze na grobie, on stał nieruchomo, z rękami złożonymi na
plecach i awanturowali się w najlepsze. Syczeli, wyzywali się od debili,
podniesionym głosem warczeli coś o dzieciach, sklepie, nie wsłuchiwaliśmy się
za bardzo w słowa, nie były ważne. W tym roku, dwa groby dalej, grupka nastolatków,
dziewczyny, chłopaki, opowiadali sobie dowcipy. Jeden, drugi, kolejny, najpierw
śmiali się półgębkiem, cicho, w kołnierz, potem bez skrępowania, na cały głos.
W tym roku uwagę poczyniła pani Sing. – Przyjrzałam się uważnie – mówi, gdy
pakujemy się do samochodu – szukałam ludzi skupionych, modlących się, może
stojących nad grobem w zadumie. Byli tacy. Kilka. Norma jest taka, że
przychodzić, palisz świeczki, jeśli spotkasz się z rodziną lub znajomymi,
pogadasz chwilę i zmykasz. Odpust, kiermasz i festyn w jednym.
– A co się dziwisz? –
odpowiadam. – Przecież dla większości to tylko rytuał. Jeden z wielu.
Obowiązkowy, ale pusty. Trzeba odwiedzić grób bliskich, wcześniej go wypucować,
pokazać innym, że się pamięta. To cię określa i umiejscawia społecznie.
– A jeśli nie zapalisz
świeczki, to jesteś gorszy?
– Oczywiście. Ludzie chcą
coś wiedzieć o innych. Do głowy im nie wejdą, wiec szukają znaków, na podstawie
których mogą wydać ocenę. To jeden z takich znaków. Robisz tour de grób, jesteś
jednym z nas. Nie robisz, to się goń.
– Straszne rzeczy mówisz.
A pamięć?
– O zmarłych?
– Tak.
– Co ci po pamięci raz w
roku?
– Lepiej jeden dzień, niż
w ogóle.
– Może. Choć jak patrzę na
taki odpust, trudno mi przyznać, że on się ku pamięci odbywa.
Wyjechaliśmy, przyjechaliśmy, i okazało się, że mgła nas
przykryła, liście żółte zasypały, drogi śliskie, kałuże przed domem, generalnie
– witamy w domu. Jako że nic zupełnie się nie działo, nawet wiatr zwiał i
drzewa ani drgną, postanowiliśmy spędzić weekend przez ekranem. Dwa
przestawienia obejrzeliśmy, dwa razy się zasępiliśmy i końcu konkluzję przyszło
wyartykułować – takie mądrale to z nas nie są. Najpierw w sobotę. Dzieci do łóżka zagonione, my na kanapce,
Pani Sing w szlafroczku, jak trzeba, ja też nie ubrany, oglądamy. Biją się. Ale
jak! Po amerykańsku. Dwóch półnagich facetów okłada się pięściami, ale to
pikuś. Co za oprawa! Sala, gala, światła, spikerzy, frajerzy (po kilka stówek
za bilety), panienki – ameryka prawdziwa. Jak Tyson się prał, to tak to
wyglądało. Jak Gołota faulował Bowe’a – też. Rasowa gala i to u nas, nie za
oceanem. Pobili się, przewrócili, wygrali, przegrali, koniec. Siedzimy z Panią Sing, brwi nam się schodzą z wysiłku
myślowego, bo jak to: walka stulecia? A o co? Mistrzostwo, wicemistrzostwo, a
może wyróżnienie? O cokolwiek! Ale nie. Osiem milionów ludzi, w tym my, oglądali,
jak Gołota z Adamkiem piorą się, by – uwaga – oglądało ich jak najwięcej ludzi.
Finansowo cel szlachetny, a jakże, ale sportowo? Mecz piłkarski Polska – San Marino.
Taka ranga. Cholera, nie zrozumieliśmy myśli przewodniej, wykoncypowaliśmy i
poszliśmy spać. Następnego wieczora przedstawienie drugie. Dzieci śpią, my
patrzymy. Wojnę polsko-ruską obejrzeliśmy. Film. Matko, aż nam się gęby śmiały –
jaka zawodowa realizacja, jakie pomysły formalne, muzyczka świetnie dobrana,
Szyc ja fali, w końcu polskie kino że fest. Skoczyło się. Westchnęliśmy.
Milczymy. W końcu Pani Sing się odzywa: – Fajnie zrobione. – No – rozwijam. – Nieźle grali. – Całkiem – peroruję. – Ty, ale o czym to było? – pyta Pani Sing. – Nie wiem. – Hm, ja też nie. – No tak. – Właśnie. Nie było nam do śmiechu. Dwa razy w jeden weekend dać się
zrobić w trąbę, to aż nadto.
W swojej żmudnej drodze ku
kucharskiej doskonałości ciasto upiekłem. Gwoli ścisłości: z torebki było, trzeba
jaj dodać, pomieszać i włożyć do piekarnika. Jak na faceta, który rok temu
potrafił jedynie usmażyć jajecznicę, to sukces wielki i powód do dumy.
Jednakowoż, jak to z gotowaniem bywa, i to wzbudzić musiało kontrowersje. Smak,
jak smak, całkiem całkiem, wygląd trochę gorszy niż na obrazku, ale Pani Sing i
tak rzeczonym faktem się pochwaliła. Znaczy, jakiego to nie ma chłopa. Słuchacze
wiadomość przyjęli z szacunkiem, ale słuchaczki już nie bardzo. I tu wtrącić
trzeba – nie były to słuchaczki wiekiem słynące, doświadczeniem wszelakim, ale
młode całkiem, z dzieciakami mniejszymi niż mój rower.
– To co, on w kurę domową
się bawi? – zastanawiać się zaczęły na głos, jako że nieobecny byłem.
– Bo gotuje? – pyta Pani
Sing
– No.
– Ale to takie specjalne
gotowanie.
– Co to znaczy?
– Z testosteronem.
Ubaw mieliśmy potem ale i
refleksję. Feministkom pod rozwagę. Zapomnijcie, panie drogie, o wychowywaniu
mężczyzn, o walce płci i innych zmurszałych hasłach. Nie tu zmian potrzeba.
Obok ugór wielki – mentalność kobieca. Co przed zmianami się broni i tradycją
główkuje. Kobiety, co niczym ich babcie, mężczyzn przed niestosownymi pracami
chronią. Młode z twarzy, stare w środku. Na nic parytety i priorytety, gdy we
własnych szeregach sabotażyści.
Z powtarzanymi po wielokroć opiniami tak dziwnie
się dzieje, że niezauważalnie stają się oczywistą oczywistością, pewnikiem ostatecznym
i sądem niepodważalnym. Przykładem służę:
Jadę wczoraj samochodem, w Trójce analityk o
sytuacji przedsiębiorców peroruje. Mówi: składki na ZUS dla przedsiębiorców
jednoosobowych są za wysokie, to hamuje rozwój. Gdyby je obniżyć, więcej firm
wyjdzie z szarej strefy., budżet skorzysta, lepiej będzie i dostatniej.
Wszyscy znają tę gadkę na pamięć. Wszyscy (prawie)
się zgadzają. Oczywista oczywistość, rzec by się chciało.
Jako że z firmami trochę styczność miałem, na działalności
jednoosobowej gospodarczej zatrudniony byłem a i Pani Sing obecnie biznesy
uprawia, kalkulację jestem w stanie sobie przygotować. Zawsze wyjdzie, że
lepiej płacić mniej
Ale.
We wczorajszej Wyborczej czytam o przedsiębiorcach
jednoosobowych, co wypisują się z ZUS i zatrudniają fikcyjnie za granicą. Płacą
firmie jakiejś, w Estonii dajmy na to (konkretniej: pośrednikowi), 499
złociszy, a ta na etat ich wciąga, listy płac prowadzi i wszystko legalnie się
odbywa. Ile zaoszczędzą? ZUS kosztuje coś bodaj 850 zł, więc chodzi 350. Ale
pamiętajmy, że część składki, chyba 170 zł, pomniejsza podatek, a nie dochód. Więc
jeśli tylko wykazujemy jakikolwiek dochód na papierze, ta suma jest tylko pozycją
księgową (o tyle mniejszy płacimy podatek). Wychodzi więc na to, że na całej
operacji można zaoszczędzić coś około stu osiemdziesięciu złotych miesięcznie.
I tu wróćmy do wspomnianego analityka i jego
opinii. Jeśli kilka tysięcy jednoosobowych biznesmenów zadaje sobie trud i pewne
ryzyko, by w skali roku zaoszczędzić półtora tysiąca złotych, to czy oni tego
trudu zadawać sobie nie będą, gdy składki będą mniejsze? Skąd to przekonanie? Ja
opinię mam taką, że tu większą rolą mentalność, a nie księgowość, odgrywa. Ci,
którzy w szarej strefie siedzą, siedzieć w niej będą, bo im dobrze tam, a czy
składka mniejsza czy większa, i tak jej płacić nie będą. Bo nie lubią. Ci,
którzy zatrudniają się fikcyjnie w Estonii – także. Ze starego wilka owieczki
nie zrobisz. Z młodego – także. Co więc da obniżenie składek?
A wspomnianemu analitykowi sugeruję, aby nad innym
problemem się zastanowił: jaki system emerytalny będzie obowiązywał w 2040
roku, gdy on, ja, i miliony będą się na emeryturę wybierać? Bo jeśli na świecie
są jakieś oczywiste oczywistości, to właśnie takie – na pewno nie taki jak
teraz.
Papierkowych prac trochę nam
zostało związanych z budową, konkretnie z jej zakończeniem, oddaniem do użytku,
i tym podobnymi błahostkami. Narzekanie na biurokrację to sport, w którym
staramy się nie uczestniczyć z racji niechęci do narzekania ogólnie, więc wzięliśmy
d. w troki i dalej do starostwa, gdzie dostaliśmy wykaz niezbędnych dokumentów,
dzięki którym będziemy mogli legalnie zamieszkać w naszym domostwie (wnioskują
poprawnie: obecnie mieszkamy nielegalnie).
Wykaz długi jest, więc
wzięliśmy się szybko do roboty. Potrzebne podpisy elektryka, że instalacja
zgodna ze zgodnościami wszelkimi, hydraulika takoż, kominiarza, że kominy są i
ciągną jak się patrzy, geodety, że budynek na naszej właśnie działce stoi a nie
cudzej (choć przed rozpoczęciem budowy to on wymierzał przecie). O takich drobnostkach
jak dziennik budowy, wyciąg z uprawnień kierownika, oświadczenia jakieś i kopie
oświadczeń, oraz świadectwo energetyczne za tysiąc złociszy nie wspominając.
Znaleźliśmy elektryka. Umówiliśmy
się, zawieźliśmy papiery, powiedział, ze zadzwoni za tydzień. Zadzwonił,
zainkasował dwieście. Z hydraulikiem ze stosownymi papierami, potwierdzającymi
że na rurkach zna się w istocie, był problem, dłużej szukaliśmy, więc i stawka
wyższa – dwieście pięćdziesiąt. Geodeta mapy, które już wymierzył, zabrał raz
jeszcze i po dwóch tygodniach oddał. Z nową – za pięćset. Teraz czekamy na
świadectwo energetycznie.
Ale nie o kosztach tutaj,
o nie. Jak się chce budować, trzeba płacić. Ciekawsze jest co innego.
ŻADEN, dosłownie żaden z
pieczętujących na budowie się nie zjawił, lokalu wybudowanego nie obejrzał.
Majsty robili, to pewnie dobrze zrobili, ja mam tylko pieczątkę postawić,
wyjaśnił nam hydraulik. Kierownik budowy, gdy spytaliśmy, czy to tak właśnie
powinno wyglądać, spytał: a jak niby inaczej?
I tu też zupełny
dyskomfort poznawczy nam się pojawił, bo od zawsze przekonani byliśmy, że biurokracja
po to jest, by się biurokraci pożywili. Ale gdzie tam. Przecież oni zupełnie
żadnej tej złotóweczki naszej na oczy nie zobaczyli, inni skorzystali. Po co im
więc to?
Wdzięczni będzie za
poważne rozjaśnienie kwestii, bo świat nam trochę na opak zaczął się wydawać.