|
wtorek, 08 marca 2011
Zwróciła na to uwagę Pani Sing. W piątek przeglądała program telewizyjny, pasmo po 20. TVP1: Wall-E, Polsat: Epoka lodowcowa. TVN: Madagaskar 2 – czyta na głos. Co jest? Aż pstryknęła kanałami. Zwykle wieczorne pasmo weekendowe kojarzyło się jej z jakimiś niemrawymi filmami dla mniej lub bardziej dorosłych a tu – bajki. Coś jej zaświtało, poszła do kotłowni po stare gazety. Sprawdza. Tydzień temu to samo. Dwa – również. Wcześniejszych gazet nie ma, ale coś nam się zdaje, że było podobnie. Dzieciaki w drodze do łóżka przypadkiem zauważyły, co migoce na ekranie, więc dalej raban podnosić, że przecież to dla nich, że jeśli leci, to znaczy że można. Ulegliśmy. I myślimy. – Są dwa wytłumaczenia – mówi pani Sing. – Pierwsze: dzieciaki chodzą później spać niż kiedyś, telewizje to zauważyły i pasmo pod nie dostosowały. Ale – powątpiewa – przecież te bajki dla małych dzieciaków są, nie dla starszych. Toy Story to trzylatki się podniecają a one chyba do dziesiątej nie wytrzymują? Drugie wyjaśnienie jest straszniejsze. To nie jest rozrywka dla dzieci, tylko dla dorosłych. – Przegięłaś – oponuję. – A jeśli nie? Jeśli tak już zidiocieliśmy, że bawimy się na filmach dla pięciolatków? – E, coś czuję, że tu można dorobić jakąś ideologię. – Jaką? – Że tak naprawdę to tylko na tym podstawowym poziomie to są filmy dla dzieci, Ale wiesz, odniesienia kulturowe, cytaty, ta cała zabawa konwencjami, to już nie na dziecięcy móżdżek. – Sprawdzę – powiedziała Pani Sing i zajęła się Epoką lodowcową. Ominęła pierwsze dwadzieścia minut, ale jakoś sobie z tym poradziła. Obejrzała, położyliśmy dzieci spać, siedliśmy na kanapie. Pani Sing mówi: – Pierdolę, nie dam się przekonać, że zdziecinnienie można wytłumaczyć postmodernizmem.
niedziela, 06 marca 2011
Wśród wszelkiej maści zaklęć i powiedzeń najbardziej rozbawiają nas te ekonomiczne. Spośród nich na piedestale stawiamy: „Rynek to wyreguluje”. Przypomnieliśmy je sobie, gdy media donosić zaczęły o walce jakiegoś wicepremiera ze spreadami. W bankach larum się podniósł, że to komunizm zupełny, z wolnym rynkiem nic nie mający wspólnego, a jedynie na niskich instynktach społeczeństwa bazujący. Jako że my instynktów za wysokich nie mamy, a i księstwo franka już opuściliśmy (ku obopólnej, myślimy, korzyści), przyjrzeliśmy się, co też rynek już wyregulował. Jak wiadomo, są banki, gdzie różnica między kursem kupna a sprzedaży wynosi nawet 36 groszy, co sześciokrotnie przewyższa spread w NBP. W czym jest jednak problem, skoro klienci o spreadach wiedzą, umowy przed podpisaniem czytają, a kursy na stronie internetowej są. Niby w niczym. Ale przypomnijmy: kilka lat temu wprowadzono zapisy w prawie, że banki nie mogą ściemniać udzielając kredytu i muszą rzeczywiste oprocentowanie klientom ujawniać. Opłaty manipulacyjne, opłaty za rozpatrzenie kredytu, opłaty za uśmiech bądź grymas prezesa – wszystko trzeba wrzucać w raty, tak by klient wiedział naprawdę, ile zapłaci. Dlaczegóż to zrobiono? Czyżby ktoś robił klienta w trąbę? Dwóch ekonomistów w radiu ostatnio klarowało, że bez spreadów kredyty frankowe będą nieopłacalne, bo banki wliczają sobie w nie koszty ryzyka walutowego i walki na marże. Coś przypomina? Gdzieś dzwoni? Nie owijąjąc: dostajesz niską marżę, bo bank spready winduje i dzięki temu wychodzi na swoje. Ukrywa rzeczywiste koszty kredytu, mamiąc cię niskim oprocentowaniem. Powie ktoś, że konkurencja, że banki przecież mogą a klienci również, na rynku tak jest, że jak ktoś robi źle, pojawia się ktoś, kto robi dobrze. Naprawdę? Podmiotom rynku o maksymalizację zysków chodzi, nie od tego są, by klientom życie ułatwiać, ale by więcej zarobić. Kiepściutki to byłby prezes bankowy, który by się innymi zasadami się kierował. Klient jest dobry, jeśli daje zarobić. Jeśli nie daje – trzeba zrobić tak, by dawał. Życzymy więc wicepremierowi siły przebicia i odporności na lobbing. A bankom, żeby ich rzeczony prezes wyregulował.
wtorek, 08 lutego 2011
Mała wylądowała w szpitalu. Wyskoczyło jej coś w różnych miejscach, dziwne, źle wyglądające. Badanie jedno i drugie, wyniki w normie. Ale z małą coraz gorzej, wygląda prawie jak statysta z nocy żywych trupów. Lekarze w szpitalu oglądają, myślą, deliberują. Jedna starsza lekarka (chyba w ramach pocieszenia): Wiecie co, to jest coś dziwnego, jeszcze się z czymś takim nie spotkałam, ale w medycynie jeszcze nie wszystko wiadomo. Może odkryją to za dwadzieścia lat?
czwartek, 20 stycznia 2011
poniedziałek, 10 stycznia 2011
Komunizm upadł, kapitalizm zbankrutował, a my zbyt się rozleniwiliśmy, by myśleć, co dalej, ogłosiła Pani Sing. Ona ma niebywałą umiejętność kondensowania rozwlekłych myśli, ale tu – uważam – przesadziła. Co prawda bajdurzenia Fukuyamy o końcu historii i ostatecznym zwycięstwie najlepszego z ustrojów po dwudziestu latach od ich ogłoszenia brzmią równie żałośnie jak pop lat 80., ale od wiktorii do śmierci droga daleka. Jej zdaniem wolny rynek tak pasuje ludziom, bo nie są z natury altruistami tylko wojownikami. A walka egoizmów to właśnie kwintesencja kapitalizmu. – Skoro więc odpowiada ich naturze, to dlatego miałby zbankrutować? – pytam. – Bo nie jest w stanie regulować całości – odpowiada. – Co to znaczy? – Porównanie kolejowe będzie tu jak najbardziej na miejscu. Pamiętasz dantejskie sceny na dworcach w grudniu? Wyobraź sobie, że na peron podjeżdża pociąg. To właśnie kapitalizm, który wjechał do nas w 89. Na peronie tłum, a skład nie jest zbyt długi. Każdy chce się dostać do środka. Jedni przez drzwi, inni przez okna, przepychają się, walczą, muszą przecież pojechać. W końcu pociąg wypełniony po brzegi. Maszynista gwiżdże. Ale nie wszyscy się dostali. Jednych w drzwiach odepchnięto, choć walczyli, inni nie mieli dość sił, by wdrapać się przez okno. Jedni mieli z ciężkie walizy, z takim obciążeniem nie mieli szans, a inni małe dzieci. Była też grupa, która w ogóle nie próbowała, gdy tylko zobaczyła, co się dzieje, machnęła ręką i albo czeka na następny pociąg, albo zrezygnowała z podróży. Do tego pociągu nigdy nie zmieszczą się wszyscy. – Ale przecież można wydłużyć skład, albo załatwić transport zastępczy. – Można? – A nie? – Nie. Gdzie wtedy byłaby konkurencja, walka? To byłaby komuna, wszyscy dostają bilety za grosze i wszystkich dowieziemy, gdzie chcą. To właśnie sobie uświadomiłam. Ten sposób organizacji społecznej zakłada – zapamiętaj – zakłada, że będą straty. Tego nie wypada głośno mówić, ale należy to sobie uświadomić. Bo ma ważkie konsekwencje. – Na przykład? – Dopóki ludzie będą przekonani, że każdemu może się udać, dopóty będą aprobować stan rzeczy. Ale gdy sobie uświadomią, że to system optymalny tylko dla części, zaczną szukać. – Co znajdą? – Na pewno nie komunizm. W tym dole już byli, ledwie się z niego wygrzebali. – Fanatyzmy prawicowe? Religijne? – Może. Na razie się zastanawiam. A pytanie tytułowe? A kto by chciał czytać o kapitalizmie?
wtorek, 21 grudnia 2010
Pani Sing utknęła w pociągu. Nie ona jedna, nie ostatnia i – na dokładkę – nie pierwszy raz, to się przyzwyczaiła. Gdy już się wydostała i do domu przybyła, rzuciła kilka słów niecenzuralnych i o sprawie zapomniała. Przypomnieli jej. Słucha wczoraj dyskusji w radio panów i pań jakowyś, ekonomistów chyba, którzy nad torami prostymi i pogiętymi się znęcają (i ich właścicielami takoż).
wtorek, 30 listopada 2010
Zaatakowała znienacka. Starsi i bardziej uczeni w pismach pamiętali, że przed laty coś takiego zdarzało się w ich krainie, ale od dawna nikt już ich nie słuchał a i pism nie przeglądał. Gdy rano mieszkańcy obudzili się, przez miasta i pola przetoczyło się potężne westchnięcie: bożeczku ty mój, a co to? Kierowcy samochodów swoich jęli szukać, po policjach wydzwaniać, rekordową liczbę kradzieży w rejestrach odnotowano. Dopiero gdy któryś wpadł na pomysł, że one kopami białymi przysypane i na facebooka i twittera info wpuścił, sprawa się rozwiązała.
wtorek, 16 listopada 2010
Długi weekend długą kolejkę gości przyprowadził do naszego domu, więc czas spędzaliśmy na zmianę rozrywkowo (spożywając) i pracowicie (sprzątając po spożywaniu). Niedzielny wieczór też płynął miło na rozmowach o niczym i wszystkim, dopóki z ust któregoś z gości nie padło to pytanie. Pani Sing zasępiła się, popijając do końca spotkania w milczeniu, bo nie lubi pytań podchwytliwych. Jednakże w końcu przemyślała i gdy goście wybyli, podzieliła się myślami.
sobota, 06 listopada 2010
Temat pojawia się od jakiegoś czasu. Użytkownicy portali społecznościowych (Facebook, Nasza Klasa) skarżą się na zasady przechowywania wrzuconych tam danych (tekstów, zdjęć itp). Gdy ktoś zrezygnuje z serwisu i skasuje swoje konto, wcale nie znaczy, że te informacje znikają z sieci, bo serwisy w regulaminach zastrzegają sobie prawo do przechowywania tych danych na określonych przez siebie zasadach. W związku z tym możliwa jest sytuacja, że za kilka-, kilkanaście lat dorosły osobnik znajdzie w sieci swoje głupawe zdjęcie z nastoletnich czasów. Choć jest pewien, że skasował.
poniedziałek, 01 listopada 2010
Po krótkiej fascynacji naszą klasą (byłem, sprawdziłem, wyłączyłem), już z boku obserwuję rozprzestrzeniającą się modę na Facebooka. Jak każde zjawisko internetowe, ma ono swój szczyt, będzie miało i dołek (kto jeszcze pamięta Grono czy MySpyce, kto podnieca się youtubem?). Presja jest tak wielka, że nawet poważne firmy dają sobie wmówić, że bez Facebooka to ich nie ma, kaput, plajta i komornik na karku. Dziś natrafiłem w sieci na informację: Zmarł Ludwik Jerzy Kern. Potem kilka zdań a niżej logo Facebooka i dopisek: bądź pierwszym znajomym, który to lubi. Lubisz to? |